Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 65

Transmisja spektaklu: „A riveder le stelle”, z okazji wyjątkowego otwarcia sezonu Teatro La Scala. Dziś godz. 16.45

0
Massimiliano Caldi, fot: Paweł Jaremczuk

Dzisiaj (7.12) o 16.45 na żywo na całym świecie (Rai1, Radio3 Rai, RaiPlay online) będzie dostępna transmisja spektaklu: „A riveder le stelle”, z okazji otwarcia sezonu Teatro La Scala.

Zaproszenie Maestro Massimiliano Caldiego dla czytelników Gazzetty Italia:

„Po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej, dziś 7 grudnia – zgodnie z tradycją zainicjowaną przez wielkiego dyrygenta Victora De Sabatę – sezon operowy Teatro alla Scala nie zostanie oficjalnie otwarty wykonaniem opery. Po „Attyli” Verdiego w 2018 roku i „Tosce” Pucciniego w 2019 roku, w tym roku byłaby to „Łucja z Lammermoor” Donizettiego, ale opera geniusza z Bergamo nie zostanie wystawiona ze względu na brak możliwości zorganizowania tradycyjnego półtora miesiąca prób poprzedzających „Primę”, z chórem, orkiestrą i śpiewakami na scenie, wszystkich razem w tym samym czasie.

Tak oto w tym roku odbędzie się Wielka Gala liryczno-symfoniczno-balettyczna pod tytułem „A riveder le stelle”, z przesłaniem proroczym na rok 2021, rok 700. rocznicy śmierci wielkiego Dantego, ale również przekazującym życzenia dla całej ludzkości, a także zapowiadającym wielką, międzynarodową galę gwiazd opery i baletu, pod batutą Riccarda Chailly i w reżyserii Davide Livermore. Orkiestra zagra wyjątkowo na scenie bez publiczności i bez miejsc siedzących. Zgodnie z doniesieniami niektórych muzyków orkiestry, w ten sposób akustyka zyska na jakości i zbliży się do tej, o jakiej myślał architekt Giuseppe Piermarini pod koniec XVIII wieku, czyli do akustyki teatru bez miejsc siedzących, posiadającego wyłącznie scenę i loggie.

Zachęcam więc każdego, kto kocha muzykę, aby o godzinie 16.45 połączył się dziś z nami na żywo podczas jedynego w swoim rodzaju wydarzenia historycznego, które z pewnością pozostawi niezatarty ślad nie tylko w historii najsłynniejszego teatru na świecie, ale również w pamięci nas wszystkich”.

Więcej informacji: https://www.teatroallascala.org/it/stagione/2020-2021/opera/a-riveder-le-stelle.html

tłumaczenie pl: Karolina Wróblewska

Dobry, zły i brzydki. Wstęp do spaghetti westernów

0

Odcinek piąty*

Westerny kojarzymy przede wszystkim z opowieściami o Dzikim Zachodzie i kowbojach, ze spektakularnymi scenami konnych pościgów i pojedynków, a także z twórczością mistrzów kina, takich jak John Ford („Dyliżans”, „Rio Grande”, „Poszukiwacze”), Fred Zinnemann („W samo południe”) czy Howard Hawks („Rzeka czerwona”, „Rio Bravo”). Silnie skonwencjonalizowany gatunek stał się przed laty jedną ze specjalności amerykańskiej kinematografii. Ważnym elementem jego poetyki był bardzo wyraźny podział świata przedstawionego na „Dobro” i „Zło”, prawo i bezprawie, czerń i biel (co odpowiadało również barwom owych produkcji). W swoim klasycznym kształcie western odznaczał się ponadto specyficzną ikonografią i konstrukcją czasoprzestrzeni. Jednym słowem porządek. 

rys. Rick Flag

Ale to właśnie włoscy filmowcy [1] z Sergio Leone (1929-1989) na czele dokonali „przewrotu kopernikańskiego” na obszarze opisywanego gatunku – w swoich dziełach rozsadzali oni tradycyjne schematy narracyjne i tematyczne. Spaghetti westerny (albo „maccheroni western” czy „western all’ italiana”) realizowane były na Półwyspie Apenińskim i w Hiszpanii w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (odnaleziono tam spalone słońcem, dzikie i bezkresne plenery). Włoskie opowieści o Dzikim Zachodzie budowały na ekranie rodzaj „nowej mitologii” opartej na obłędzie, krwawej żądzy władzy i pieniędzy; nowy (mniej jednoznaczny moralnie i etycznie) świat, w którym zauważamy deheroizację bohaterów. Bohaterów nie tylko „dobrych”, lecz także – posiłkując się resztą słynnego tytułu – „złych” i „brzydkich”. We włoskim wariancie westernowym pojawiła się też (bezprecedensowo!) niezwykle odważna, naturalistyczna wręcz reprezentacja przemocy. Przemocy często bezsensownej i puentowanej ironicznie czarnym humorem.

rys. Rick Flag

W 1964 roku Leone zrealizował pierwsze ogniwo tzw. „trylogii dolarowej”, czyli „Za garść dolarów” [2]. W kultowej dziś roli bezimiennego i bezwzględnego rewolwerowca  wystąpił – jeszcze mało wówczas znany – Clint Eastwood (ur. 1930). Muzykę do filmu skomponował zaś Ennio Morricone (1928-2020), kolega Leone z czasów szkolnej ławy. Niezapomniane ścieżki dźwiękowe urodzonego w Rzymie artysty wprowadziły do historii gatunku niezwykłą świeżość, intensywność i zwierzęcość (gwizdy, krzyki, wystrzały, a w jednej z najsłynniejszych kompozycji rozpoznamy nawet charakterystyczne wycie kojota). Współpraca całej trójki wyniosła nową odmianę westernu na wyżyny popularności, czyniąc z nich międzynarodowe gwiazdy.

Oryginalność filmów Leone zasadza się również na celebracji formy, stylu filmowego, który wybija się niekiedy na pierwszy plan filmowej opowieści. Obsesyjne zbliżenia twarzy, oczu i dłoni postaci określa się mianem Leone’s close up; wyraźnie zapożyczył je dla swojej twórczości Quentin Tarantino. Przedłużone w czasie kulminacyjne sceny konfrontacji przybierają postać operowych spektakli, w których skala dramaturgicznego napięcia (również za sprawą epickiej oprawy muzycznej) sięga zenitu i jest następnie neutralizowana – kontrapunktowo – błyskawicznym rozwiązaniem akcji. Rewolwer ostatecznie musi przecież wystrzelić niezależnie od szerokości geograficznej.

***

rys. Rick Flag

Ennio Morricone (1928-2020) – legendarny włoski kompozytor, dyrygent, aranżer, zdobywca dwóch Oscarów (Honorowego [2007] oraz za oryginalną muzykę do filmu „Nienawistna ósemka” [2016]). W jego arcybogatej filmografii odnajdziemy zarówno liczne przykłady kina gatunkowego (od komedii, po gialli aż do spaghetti westernów, które stały się jego wizytówką) jak i kina autorskiego (komponował m.in. dla Pier Paola Pasoliniego, Bernarda Bertolucciego, Franca Zeffirellego, Elia Petriego czy Giuseppe Tornatore, a także dla Terrence’a Malicka, Rolanda Joffé, Briana De Palmy). Jego ścieżki dźwiękowe bywają niekiedy sławniejsze niż filmy z których pochodzą (wystarczy pomyśleć o motywie „Chi mai”, który pojawił się po raz pierwszy w zapomnianym dziś i niezbyt udanym filmie Jerzego Kawalerowicza „Maddalena” [1971]). Styl Morricone charakteryzowała niezwykła chęć do eksperymentu, chęć przywracania muzyce filmowej dźwięków prawdziwych, pochodzących z rzeczywistości. A także niezwykła zmysłowość, miękkość i melodyczność. 

                                                   

*Odcinek piąty miał być pierwotnie poświęcony „Szaleństwom małego człowieka” Maria Monicellego. Jednakże nagła i smutna wiadomość o śmierci Ennia Morricone skłoniła mnie do innego typu refleksji. Film z Sordim zostanie omówiony w szóstym odcinku naszego cyklu.

[1] Warto zwrócić uwagę w następnych artykułach na innych, jakże pomysłowych twórców gatunku, m.in. Sergia Corbucciego („Django” z Franco Nero w roli głównej, „Człowiek zwany ciszą”), Duccia Tessariego (seria o „Ringo” z Giuliano Gemmą), Enza Barboniego („Nazywają go Trinità”) czy Damiano Damianego („Gringo”).

[2] Co ciekawe, po premierze oskarżono Leone (słusznie zresztą!) o plagiat „Straży przybocznej” Akiry Kurosawy (Yôjinbô, 1961), dlatego też określa się często „Za garść dolarów” mianem remake’u japońskiego, samurajskiego filmu. W skład trylogii wchodzi również „Za kilka dolarów więcej” i „Dobry, zły i brzydki”.

Od śniegu Etny do lodów 

0

Lody dotarły do Włoch przez Sycylię i za sprawą Arabów. Mówiono na nie „sharbat”, a do ich wykonania używano śniegu pokrywającego Etnę i góry Madonie. Z czasem nazwa zitalianizowała się i przybrała postać „sorbetto”. W 1694 r. Antonio Latini, pochodzący z regionu Marche, kucharz wicekróla Neapolu, opublikował w swojej książce „Scalco alla moderna” pierwszy znany przepis na ten deser: „Do stworzenia mlecznego sorbetu potrzeba półtora dzbanka wcześniej przegotowanego mleka, pół dzbanka wody, trzech funtów cukru” oraz śniegu i soli.

W taki sposób sorbet przekształcił się w znane nam dziś lody. Palermitańczyk Procopio Cutò – z powodu podobieństw fonetycznych we Francji nazywany „couteau”, Procopiem od Noży (Procopio de’ Coltelli) –  w 1686 r. otworzył w Paryżu Café Procope (lokal istnieje do dziś jako elegancka restauracja). Opracował tam system tworzenia kremowej masy, który – choć zmechanizowany i uprzemysłowiony – wciąż stanowi podstawę produkcji lodów. 

Mniej znana jest historia o pochodzeniu waflowego rożka. Również w tym przypadku wielką rolę odegrała włoska pomysłowość, ponieważ wynalazek został opatentowany w Stanach Zjednoczonych przez Włocha Italo Marchioniego, urodzonego 21 grudnia 1868 r. (akt urodzenia zachował się w miejskich archiwach) w Peajo di Vodo di Cadore, w prowincji Belluno. Pomysł na waflowe rożki rozpowszechnił się w Jesi, w regionie Marche, a stamtąd zawędrował do Ameryki, podobnie jak działo się to w przypadku wielu innych lodów i deserów produkowanych w Dolomitach. Okolice Cadore, a w szczególności val di Zoldo, mogą konkurować z Sycylią o miano „ojczyzny lodów”. Wszystkie lody nazwane na cześć miast włoskich czy też niemieckich – jak Eis Venezia czy Eis Rialto – pochodzą bowiem z Dolomitów.

To, czy Marchioni (w Ameryce Marchiony) jest rzeczywiście wynalazcą rożka do lodów, pozostaje kwestią sporną. Niewątpliwie jednak miał w tym swój udział, ponieważ 15 grudnia 1903 r. zarejestrował patent (Us patent 746971) na maszynę produkującą niewielkie waflowe kubeczki z  pogłębionym dnem mogącym pomieścić porcję deseru. Podłużny kubeczek w rożek przekształcił się dość szybko.

Już od połowy XIX w. lodziarze w Dolomitach zaczęli rozpowszechniać swoje produkty w Europie, w szczególności w Monarchii Habsburgów, później również za oceanem, w Stanach Zjednoczonych. Przed wynalezieniem wafelka do lodów deser spożywano w różnego rodzaju pojemnikach wielokrotnego użytku, przede wszystkim w szkle. W Niemczech i w Austrii szklanki przynosiło się z domu, niektórzy próbowali nawet wyłudzać większą porcję i przychodzili z pokaźnych rozmiarów kuflem do piwa. Bogatsi posiadali wyrafinowane porcelanowe kubki, większość klientów musiała zadowolić się jednak prostymi naczyniami (pucharkami, często głębokimi talerzami) wypożyczanymi przez lodziarzy. Ci musieli je myć i wymieniać w przypadku uszkodzeń, co wiązało się ze stratą czasu i pieniędzy. Wytwórcy lodów w większości byli sprzedawcami ulicznymi. Podróżowali po mieście z ochładzanym wózkiem, ponieważ zarówno towar, jak i zastawa dużo ważyły i zajmowały sporo miejsca. Klienci natomiast nie mogli oddalać się od stoiska ze względu na konieczność zwrotu naczyń.

Dość szybko zaczęto odczuwać potrzebę wygodniejszego i bardziej mobilnego sposobu dystrybucji. We Francji używano rożków z metalu lub z kartonu, w Austrii nakładano lody na tekturowy kwadrat o boku 10 cm (warto wspomnieć o tym, że to właśnie wiedeńczycy jako pierwsi zaczęli ozdabiać deser bitą śmietaną), lodziarnie weneckie wykorzystywały natomiast liście winorośli, specjalnie w tym celu wybrane i umyte. Nic z tego nie było jednak jadalne.

Na pomysł stworzenia rożka, który można by było zjeść, jako pierwsi wpadli wytwórcy lodów za oceanem. Nie jest to stuprocentowo pewne, jednak w 1904 r. na targu w Saint Louis w Missouri rzeczywiście musiało wydarzyć się coś ważnego. To tutaj doszło do sporu o to, kto pierwszy rozpoczął produkcję wafelków. Warto zauważyć, że prawie wszyscy pretendenci do miana wynalazcy rożków pochodzili z południa (Syryjczycy, Libańczycy, Turcy), a rozwikłania zagadki nie ułatwia fakt, że przeciętny Amerykanin żyjący na początku XX w. nie dostrzegał wyraźnej różnicy między Syryjczykami i Włochami. 

W każdym razie jadalny rożek do lodów zaczął rozprzestrzeniać się poza granicami Stanów Zjednoczonych i szykował się do podboju Starego Kontynentu. Użycie wafelków w Europie zanotowano po raz pierwszy w latach trzydziestych, kiedy zostały importowane do Triestu przez węgierskiego producenta. Warto wspomnieć, że to właśnie w tym mieście i w tych samych czasach zaczęto wydzielać porcje lodów za pomocą łyżki o kulistym kształcie, którą szeregowy żołnierz Antonio Zampolli (w Trieście do dziś istnieje lodziarnia jego imienia) podpatrzył u amerykańskich marynarzy przybywających do miejskiego portu. W kolejnych latach w Wenecji rozpowszechniły się lody gałkowe, na Sycylii nadal nakładano je natomiast za pomocą szpachelki. 

Uwaga językowa: gelatiere czy gelataio?

Jak twierdzi Accademia della Crusca, gelatiere i gelataio to synonimy, ale możliwe jest pewne rozróżnienie w specyfice tych dwóch zawodów: il gelataio to osoba, która sprzedaje lody, il gelatiere natomiast to nie jest sprzedawca lodów, ale ten kto specjalizuje się w przygotowywaniu kremów, aromatów, mleka, syropów i innych składników potrzebnych do produkcji lodów gałkowych lub pakowanych (Słownik Treccani).

tłumaczenie pl: Daria Sokołowska

Fiat X 1/9 – Fiat Voluntas Tua!*

0

W 1899 roku grupa wpływowych i zamożnych pasjonatów raczkującego dopiero automobilizmu, po wielomiesięcznych spotkaniach w turyńskiej kawiarni Madame Burello, postanowiła założyć swoją własną wytwórnię samochodów. W ostatnim momencie Michele Lanza, jeden z przyszłych wspólników mający już za sobą przygodę z produkcją samochodu i zdający sobie sprawę z ogromu wyzwań i problemów, przed którymi stają, zrezygnował z udziału w tym ryzykownym przedsięwzięciu.

Jego miejsce zajął zaledwie 33 letni porucznik kawalerii, fascynat nowych technologii Giovanni Agnelli. Spółkę, której początkowy kapitał wynosił 800 tys. lirów nazwali Fabbrica Italiana di Automobili, po paru miesiącach do nazwy dodano jeszcze Torino i tak powstał FIAT. Nie mając żadnego praktycznego doświadczenia w nowej branży zdecydowali się wykupić małą lecz powoli odnoszącą sukcesy turyńską manufakturę Accomandita Ceirano & C., a pierwsze osiem egzemplarzy nazwanych 3½ HP , które jeszcze w tym samym roku zdołano wyprodukować, było kopią aut braci Ceirano. 

Agnelli, po serii konfliktów ze wspólnikami,  w 1906 przejął większość udziałów spółki. Od początku twierdził, że motoryzacja w krótkim czasie przyczyni się do wielkich przepływów kapitału, ogromnych migracji ludności i gigantycznej zmiany na rynku pracy. Nie chciał, aby jego FIAT był jedną z wielu wtedy powstających manufaktur, gdzie ręcznie składano części napędowe i ramy podwozi, by następnie taki półprodukt oddawać w ręce firm tworzących karoserie pod dyktando bogatych klientów. Jego zamiarem była produkcja kompletnych, gotowych do sprzedaży aut przeznaczonych dla masowego odbiorcy. Również w 1906 po raz pierwszy spotkał się z Henrym Fordem, ponieważ mieli identyczną wizję co do sposobu i kierunku w którym powinny zmierzać ich firmy, obu szybko połączyła głęboka przyjaźń.

W 1910 fabrykę FIATA opuściło 1780 aut, jednak prawdziwy skok miał miejsce, gdy Agnelli w 1912 po raz kolejny odwiedziwszy Forda poznał działanie słynnej linii montażowej Forda model T. pierwsze takie rozwiązanie, choć na o wiele mniejszą skalę, wprowadził Marc Isambard Brunel już w 1802 roku, w fabryce w Portsmouth [Anglia]. . Po powrocie z USA Agnelli uruchamia pierwszą włoską jeszcze dość prymitywną linię montażową, modele które ją opuszczają w coraz większych ilościach to B2 i Fiat Tipo Zero. Nowy system produkcji szybko zaowocował, stawiając firmę w czołówce europejskich producentów, już w roku 1920 na ulicach pojawia się ponad 14 tys. nowych aut z logo FIATA. W 1930 Włochy były na 5-tym miejscu wśród krajów produkujących najwięcej samochodów. Oto liczby: USA 3 355 tys., Wielka Brytania 235 tys., Francja 222 tys., Niemcy 70 tys., Włochy 37 tys., cóż Polska po 12 latach od odzyskania niepodległości mogła o takim wyniku tylko pomarzyć, u nas powstało wtedy jedynie 500 aut.

Przeważająca większość włoskich aut była produkcji FIATA i pochodziła z otwartej w 1923 ultranowoczesnej, olbrzymiej, pięciopiętrowej fabryki w Lingotto. Zaprojektowana przez inżyniera Mattè-Trucco, mimo że powielała rozwiązania stosowane przez Forda, była obiektem oryginalnym i unikatowym. Montaż aut rozpoczynał się na parterze a kolejne jego etapy obsługiwały coraz wyższe piętra, aż gotowy samochód pojawiał się na dachu, gdzie przeprowadzano jego test na zwieńczającym budynek owalnym torze o długości 1100 metrów.

To tutaj powstał samochód, który zmotoryzował Włochy w okresie międzywojennym, był to model 508 ,,Balilla”. W latach 1932-37 Fiat wypuścił na rynek 112 000 egz. tego auta, ale oprócz zautomatyzowanej produkcji drugim asem w rękach FIATA był system sprzedaży aut oraz przystępna i tania w stosunku do konkurencji polityka udzielania licencji na produkcję swoich modeli w innych krajach. Na bazie rozwiązań FIATA auta licencyjne produkowano we Francji, Niemczech, Hiszpanii, Rosji później ZSRR, w byłej Jugosławii a nawet w Turcji, Brazylii czy Argentynie. W 1921 roku Fiat zawarł umowę z Polską , ale produkcja polskiej ,,Balilli” ruszyła dopiero w 1932 i, w odróżnieniu od innych państw, jako jedyny kraj mieliśmy prawo używać oryginalnej nazwy FIAT. W tamtych czasach FIAT był jedynym producentem na świecie, który większość swojej produkcji, bo około 60 % przeznaczał na eksport, stając się tym samym marką globalną.

W Lingotto od 1972 do 1982, czyli do momentu zamknięcia fabryki, był montowany także model X 1/9. Mały, zgrabny, sympatyczny i przystępny cenowo jak na ten segment aut,  klasyczna mieszanka cech jakimi FIAT od zawsze zdobywał klientów. Nie od razu jednak zyskał on uznanie, w 1969 Nucio Bertone pokazał włodarzom FIATA następcę Fiata 850 spider, prototyp autorstwa Marcella Gandini. Klinowaty kształt typu targa przypominał wyczynową motorówkę, a po zdjęciu sztywnego dachu i ukryciu go w jednym z dwóch bagażników jeszcze bardziej do niej się upodabniał, gdyż auto u góry spinał masywny pałąk. Po raz pierwszy, i jak na razie jedyny, w samochodzie FIATA silnik został umieszczony przed tylną osią czyli centralnie, rozwiązanie mało praktyczne jeżeli chodzi o serwis, ale umożliwiające równiejszy rozkład masy pojazdu, a także zwiększające ilość przestrzeni użytkowej w tak małym samochodzie.

Bak paliwa i koło zapasowe ukryto pomiędzy silnikiem i fotelami a chowane światła drogowe dodawały mu sportowego sznytu. Dla konserwatywnego kierownictwa FIATA były to pomysły zbyt awangardowe i wizerunkowo nie pasujące do marki,  dlatego odrzucili projekt Gandiniego. I tu mogła się zakończyć historia X 1/9, gdyby nie fakt, że zupełnie przypadkiem zobaczył go  Gianni Agnelli, wnuk Giovanniego i od 1966 roku prezes FIATA . Auto go zachwyciło i  uznał, iż właśnie ono będzie następcą wysłużonego 850 spider, tym samym nie pozostawiając dyrektorom firmy nic oprócz skinienia głowami i dodania… Niechaj się dzieje wola Twoja! 

Każda firma, zanim wypuści na rynek nowy model pod ogólnie znaną nazwą, sygnuje powstające projekty anonimowymi kodami np. Lancia Montecarlo [X1/20] czy Fiat Ritmo [X1/38], W przypadku X 1/9, dla podkreślenia jego nieszablonowej konstrukcji i  tego jak bardzo odbiegał od wszystkiego, co do tej pory proponowała swoim klientom turyńska marka, zdecydowano pozostawić jego początkowe oznaczenie. Produkcja ruszyła w 1972, w zakładach Bertone w Grugliasco wytwarzano 110 nadwozi dziennie, przewożonych następnie do Lingotto, gdzie odbywał się końcowy montaż aut.

Podatność na rdzewienie, źle spasowane elementy wnętrza, głośny silnik to grzechy główne X 1/9, mimo to bardzo dobrze się sprzedawał, od 1972 do 1982 sprzedano około 140 tys. egz., a po zakończeniu produkcji przez FIATA kontynuował ją do 1989 zakład Bertone [kolejnych ponad 20 tys. egz.]. Co tak naprawdę stało za tym sukcesem? Chyba to, co drzemie w wielu z nas, chęć posiadania auta sportowego, niepraktycznego, ale dającego wiele emocji, odrobinę prestiżu i ogrom frajdy z samej jazdy. Na amerykańskim plakacie z 1979 r. reklamującym X 1/9 hasłem ,,Jaka jest cena chluby?” pokazano wszystkie pięć dostępnych wtedy na rynku USA aut z centralnym silnikiem. W tle widzimy Maserati Bora z podaną ceną w USD 40 tys. obok Ferrari 308 GTS również 40 tys., dalej Lamborghini Countach 85 tys. oraz Lotus Esprit 26 tys. Na pierwszym planie przyciąga jednak wzrok czerwony Fiat X 1/9 za jedyne 7167 USD!

Śledząc jak od 1899 r. urzeczywistniły się wizje Giovanniego Agnelli, możemy odnieść wrażenie jakby odbył on podróż w czasie, może znalazł się na chwilę w latach 30-tych, gdy FIAT był już prawdziwą potęgą. Możemy sobie zadać także pytanie, jak potoczyłyby się losy firmy gdyby ta podróż sięgnęła roku 1945. Po II Wojnie Światowej Agnelli został oskarżony o kolaborację z faszystami i zakazano mu wstępu na teren jego własnej fabryki.

Maria Sole Agnelli wspomina ze smutkiem i wyrzutem, że mimo iż został oczyszczony z tych zarzutów władze zabroniły konduktowi pogrzebowemu jej dziadka, zmarłego na zawał 16.12.1945, zatrzymać się przed bramą fabryki FIATA, firmy której poświęcił całe swoje życie i która stała się kołem zamachowym włoskiej gospodarki, latarnią wskazującą drogę kolejnym pokoleniom włoskich przedsiębiorców.

Wracając na nasze podwórko, tak zupełnie hipotetycznie odnośnie podróży w czasie, gdyby Giovanni Agnelli w 2016 obiecał nam milion polskich elektrycznych samochodów, to zapewne już byśmy nimi jeździli w przeciwnym razie, jako  prawdziwy wizjoner, nawet by o tym nie wspomniał.

Model to kolejny Minichamps wykonany z dbałością o szczegóły w którym, mamy wszystkie elementy otwierane włącznie ze światłami i dachem. Jest to wersja z 1974 z miłym dla oka czerwonym lakierem, choć prawie we wszystkich materiałach reklamowych z tamtych lat auto pokryte było jasnozielonym lakierem nr. 358.

Lata produkcji: Fiat (1972–1982) / Bertone (1982–1989)
Ilość wyprodukowana: 164 000 szt.
Silnik: Liniowy 4 cylindry
Pojemność skokowa: 1290 cm3
Moc / obroty: 74 KM / 6600
Prędkość max: 172 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h (s): 12,5
Ilość biegów: 4
Masa własna: 880 Kg
Długość: 3830 mm
Szerokość: 1570 mm
Wysokość 1170 mm
Rozstaw osi: 2202 mm

*Niechaj się dzieje wola Twoja!

Zennaro (Welcomeasy): “Zostawcie kartkę i długopis – cyfryzujcie się!”

0
Fonte: welcomeasy.app

Optymalizacja zasobów to pierwsza rzecz, którą należy zrobić, aby utrzymać swój biznes na rynku, mówi Paolo Zennaro CEO Welcomeasy, startup gościnności, który oszczędza czas właścicieli i zarządców nieruchomości.

„Podróż, którą klient odbywa do momentu przyjazdu do wynajętego apartamentu lub B&B, jest teraz całkowicie cyfrowa. Gość wyszukuje nieruchomość w Internecie, czyta recenzje, rezerwuje termin na portalach internetowych, płaci kartą kredytową. Następnie dociera do celu i często spotyka gospodarza, który prosi go o zrobienie kserokopii dokumentu tożsamości w celu zameldowania (…). Musimy zawsze pamiętać, że gościnność nie ogranicza się tylko do pobytu w obiekcie, lecz obejmuje szereg bardzo ważnych kroków: rezerwację, zameldowanie, pobyt, wymeldowanie, aż do wyjazdu gościa. Nasza praca jest w pełni doskonała tylko wtedy, gdy jesteśmy w stanie zarządzać każdym z tych momentów w najlepszy możliwy sposób, nie wykluczając żadnego z nich. Wyposażenie w narzędzia cyfrowe, zdolne zoptymalizować pracę dziś nie jest już dodatkową opcją, ale stanowi część procesu profesjonalizacji, który ma fundamentalne znaczenie dla konkurencyjności, a co za tym idzie, przetrwania na rynku.”

Strona www: www.welcomeasy.app

Źródło: https://www.wallstreetitalia.com/news/zennaro-welcomeasy-lasciate-carta-e-penna-e-digitalizzatevi/

Komedia, metakomiks i nauka. Leo Ortolani od „Rat-Mana” do powieści graficznych

0

Jednym z najsłynniejszych i najbardziej cenionych włoskich autorów komiksów jest od ponad dwudziestu lat Leo Ortolani, autor popularnej serii „Rat-Man”. Trzydziestoletnia kariera artystyczna Ortolaniego upłynęła właśnie pod znakiem jego najbardziej znanego bohatera oraz jego niezliczonych alternatywnych wersji, stworzonych na przestrzeni lat.

Leonardo Ortolani urodził się w Pizie w 1967, dorastał jednak w Parmie, gdzie żyje do dziś. Jako autor komiksów zadebiutował w 1990 roku, kiedy magazyn komiksowy „LʼEternauta” wydał jego pierwszą krótką historyjkę o Rat-Manie, parodię „Batmana” Tima Burtona. Bohater jest niesłychanie niezdarny i głupi, jest pechowcem, ignorantem i egoistą – czyli przeciwieństwem tego, czym powinien być komiksowy superbohater; i być może właśnie z tego wziął się jego sukces. W kolejnych latach Leo publikował w różnych pismach i fanzinach: oprócz nowych odcinków „Rat-Mana” stworzył również liczne serie humorystycznych pasków komiksowych, jak np. „Lʼultima burba” (czyli „Ostatni bolek”), zainspirowana jego własnymi doświadczeniami podczas służby wojskowej. W pierwszej połowie lat 90. Leo narysował inne parodie znanych filmów, takich jak „Casablanca” czy „Szczęki”. Z artystycznego punktu widzenia te wczesne dzieła były dość niedojrzałe, ale zawierały już wiele elementów, które miały przyczynić się do sławy parmeńskiego rysownika w późniejszych latach.

Charakterystycznym i błyskawicznie rozpoznawalnym elementem rysunków Ortolaniego są tak zwane „małpie mordy”. Ta specyficzna cecha graficzna sięga jego dzieciństwa, kiedy tworzył swoje pierwsze komiksy i miewał trudności z rysowaniem ludzkich twarzy. W wieku dorosłym Leo postanowił zachować „małpie mordy” we wszystkich swoich dziełach, robiąc z nich swój „znak towarowy”. Chociaż styl artystyczny Ortolaniego mocno ewoluował, przez ostatnie trzydzieści lat w jego rysunkach wciąż pozostają liczne elementy typowe dla humorystycznych pasków: postacie mają po cztery palce u ręki, a ich wygląd prezentuje się karykaturalnie. Za pozornie prostą kreską, kryje się jednak bardzo złożony styl.

Dla Ortolaniego przełomowy był rok 1997, kiedy przeszedł do wydawnictwa Marvel Italia (dziś Panini Comics), które zaczęło wydawać przygody Rat-Mana. W ten sposób Leo stał się prędko – z autora kultowego i niszowego – prawdziwą gwiazdą włoskiego komiksu. Pierwsze numery zawierały wznowienia starych odcinków, którym towarzyszyły historie typu crossover, w których Rat-Man spotykał najpopularniejszych bohaterów Marvela; po czym Ortolani zaczął regularnie realizować nowe, coraz dłuższe odcinki, zmieniając serię – pierwotnie dzieło czysto komiczno-absurdalne – w prawdziwą sagę, posiadającą rozbudowaną continuity (ciągłość fabularną) w stylu komiksów amerykańskich.

Bardzo ważnym elementem scenariuszy i rysunków Leo jest inspiracja, jaką czerpie z komiksów Marvela z lat 60., przede wszystkim z „Fantastic Four” Stana Lee i Jacka Kirbyʼego. W swoich rysunkach artysta potrafi połączyć komiczny i karykaturalny styl swoich wczesnych dzieł z wizjonerskim, epickim i skrajnie dynamicznym stylem Kirbyʼego, jednego z ojców amerykańskiego komiksu superbohaterskiego. Przygody Rat-Mana zakończył wydany w 2017 roku numer 122 dwumiesięcznika: końcowy cykl, złożony z dziesięciu długich odcinków, podsumowuje i miejscami wywraca do góry nogami całe dziesięciolecia opowieści o głównym bohaterze, domykając sagę godnym finałem. Jednak epickie i nieraz mroczne tony tego finałowego cyklu wcale nie stawiają na drugim planie elementu humorystycznego. Trzecim bardzo ważnym elementem jest wątek metakomiksowy: w wielu odcinkach Rat-Man i inne postacie są świadomi bycia bohaterami opowieści rysunkowej, a sam Leo pojawia się nieraz we własnych dziełach, komentując swoje artystyczne decyzje i mocno ironizując na temat własnej osoby (szczególnie jeśli chodzi o wyższe wykształcenie – ukończył geologię).

Oprócz „Rat-Mana” Ortolani stworzył również wiele innych dzieł, chociaż w większości z nich i tak pojawia się jego najsłynniejszy bohater, a przynajmniej jakieś jego alter ego. Często są to – uwielbiane przez fanów – parodie słynnych kinowych sag czy innych hollowyoodzkich kolossali, takich jak „Gwiezdne Wojny” lub „Władca Pierścieni”, a także „Obcy”, „300”, „Avatar” oraz serial „Żywe trupy”, czy wreszcie „Harry Potter”, którego Leo skrzyżował z sagą „Zmierzch”. Z kolei w latach 90. powstała tragikomiczna seria „Venerdì 12” („Piątek 12-go”), przez wiele lat wydawana na łamach „Rat-Mana”.

Tomasz Skocki, autor artykułu

W ostatnich latach, po ukończeniu sagi o Rat-Manie, Ortolani stworzył kilka powieści graficznych, w których powrócił do popularnych elementów i bohaterów z tamtej serii. Wydany w 2018 roku tom „Cinzia” poświęcony jest transpłciowej postaci o tym samym imieniu – jednej z najbardziej lubianych wśród bohaterów „Rat-Mana”. W 2017 i 2019 roku, we współpracy z Włoską oraz Europejską Agencją Kosmiczną, Leo narysował dwie długie powieści graficzne o historii eksploracji kosmosu, w których łączy swój typowy komizm z popularyzacją nauki. W roku 2020 ukazał się tom poświęcony prehistorycznym gadom, „Dinosauri che ce lʼhanno fatta” (czyli „Dinozaury, którym się powiodło”), oraz świeżo wydane „Andrà tutto bene” („Wszystko będzie dobrze”), zbiór niezwykle popularnych codziennych pasków komiksowych, udostępnianych na Facebooku i Instagramie w okresie kryzysu związanego z koronawirusem.

foto: Sławomir Skocki, Tomasz Skocki

Webinar: „Nieruchomości logistyczno-przemysłowe” Kochański & Partners i BNP Paribas

0

BNP Paribas Real Estate oraz firma prawnicza Kochański & Partners zapraszają na webinar połączony z panelem dyskusyjnym.

Spotkanie podzielone będzie na następujące części:

  • Nieruchomości logistyczno-przemysłowe – podsumowanie danych rynkowych za Q3 2020.
  • Uwarunkowania prawne w dobie pandemii koronawirusa wpływające na rozwój e-commerce oraz zapotrzebowania na powierzchnie magazynowe.
  • Sale & leaseback jako alternatywna metoda finansowania nowych inwestycji – aspekty
    praktyczne oraz prawne.
  • Dyskusja.

Spotkanie odbędzie się przez platformę Zoom w formie meetingu.
Oznacza to, że każdy z uczestników będzie mógł włączyć mikrofon i kamerkę i dołączyć do dyskusji.
Zachęcamy do aktywnego udziału w dyskusji.

W spotkaniu wezmą udział:

  • Patrycja Dzikowska, Head of Research, BNP Paribas Real Estate,
  • Igor Roguski, Head of Industrial & Logistics, BNP Paribas Real Estate,
  • Michał Pszkit, Board Member, Head of Property Management CEE, BNP Paribas Real Estate,
  • Mateusz Skubiszewski, Head of Capital Markets, BNP Paribas Real Estate,
  • Paweł Cholewiński, Radca prawny, Partner, Szef Praktyki Nieruchomości, Kochański & Partners,
  • Weronika Duda, Radca prawny, Starszy Prawnik w Praktyce Nieruchomości, Kochański &
    Partners.

Data: 26.11.2020
Godzina: 11:00 – 12:00
Język spotkania: polski

Link do rejestracji: https://www.kochanski.pl/pl/nieruchomosci-logistycznoprzemyslowe/?zaproszenie=i

Więcej informacji: https://www.kochanski.pl/pl/nieruchomosci-logistyczno-przemyslowe/

Popularna Ryba – autentyczne smaki morza

0
foto: Nel Gwiazdowska

Dla tych, którzy kochają ryby i owoce morza, wejście do sklepu rybnego „Popularna Ryba” jest jak wejście do raju dla podniebienia. Akwaria z żywymi krabami, witryny z dziesiątkami odmian ryb i owoców morza zaaranżowane z elegancją równą salonowi mody. I podczas gdy ty podziwiasz te smakowite cuda natury wewnątrz i na zewnątrz długiej lady, siostry Magda i Agnieszka ze swoją mamą, z Kingą i innymi pracownikami są w nieustannym ruchu, wszyscy ubrani w niebieskie koszulki polo z białą rybą na sercu.

Popularna Ryba, czyli jaka jest ryba według kobiet?

Magda: Rzeczywiście, sklep jest prowadzony przez całkowicie żeńską załogę, prawie wszyscy mówią po włosku, chociaż czasami mój partner, brat i szwagier towarzyszą nam w długich podróżach na pokładzie vana, którym jedziemy kupić ryby w Niemczech czy we Włoszech.

Jak to się stało, że dwie siostry zdecydowały się być sprzedawcami ryb?

Magda: Odpowiedź jest prosta, zdecydowałyśmy się otworzyć sklep tego typu, zmęczone brakiem możliwości zrobienia rybnej frittury, takiej jak we Włoszech! Lubię gotować i myślę też, że jedzenie w domu to zupełnie inna, lepsza i tańsza przyjemność niż chodzenie do restauracji. I tak pewnego dnia mówię do mojej przyjaciółki Kasi: „Chcę zrobić fritturę taką, jak we Włoszech! Chodźmy kupić świeżą rybę.” Wybrałyśmy się na swego rodzaju wycieczkę w poszukiwaniu dobrej ryby w Warszawie. W pierwszym sklepie prosimy o ośmiornice, sprzedawcy zapewniają nas, że są świeże, ale widać na pierwszy rzut oka, że były rozmrażane. Idziemy gdzie indziej kupić krewetki, ale te mają jedynie w workach, zamrożone. W trzecim sklepie tracimy już nadzieję i… decyduję, że to jest ten moment, w którym należy otworzyć prawdziwy sklep rybny w Warszawie! Jak pomyślałam, tak zrobiłam i otworzyłam sklep w lutym 2020 r.

To zawód, który wymaga dużego profesjonalizmu, gdzie się go nauczyłaś?

Magda: Prowadzenie sklepu rybnego nie jest łatwym zadaniem. Ryba to produkt bardzo wymagający, który szybko się psuje i aby kupić świeżą, wysokiej jakości rybę, trzeba się na niej znać. Tak więc przed otwarciem Popularnej Ryby odwiedziłyśmy wiele znanych targów rybnych w Europie m.in.: Fish Market w Hamburgu (Niemcy), w Bergen (Norwegia), w Barcelonie i Madrycie (Hiszpania), w Lizbonie (Portugalia), pytałyśmy i uczyłyśmy się wszystkiego bezpośrednio od rybaków i sprzedawców ryb z danego regionu Europy. Dla przykładu, pojechałam do Norwegii, aby zobaczyć, jak wygląda i smakuje norweski łosoś, halibut i inne ryby z Morza Północnego tuż po wyłowieniu go z morza. Tam też zainspirowałam się pomysłem na akwaria morskie z żywymi krabami królewskimi które w Norwegii są powszechne. We Włoszech natomiast chodziłam od sklepu do sklepu, po różnych stoiskach z rybami, byłam również na targu rybnym w Chioggi, a wcześniej na giełdzie rybnej, która od otwarcia (o godz. 3.00 nad ranem) do zamknięcia, trwała zaledwie 15 minut… coś niesamowitego, sprzedaż świeżej ryby była na zasadzie sprzedaży szeptanej i zanim się zorientowałam o co chodzi to cała ryba jaką rybacy dowieźli na giełdę została sprzedana! Triest, Livorno, Chioggia, Mediolan, Modena a nawet i przecudowna Apulia to miejsca, w których podglądałam biznes rybny.

Czy Włochy pozostały w waszych sercach?

Magda: Włochy to jest mój drugi dom! A to za sprawą mojej mamy i mojej siostry Agi, które wyjechały z Polski do Włoch około roku 2000. Zamieszkały tam i kupiły dom, do którego regularnie od kilkunastu lat wyjeżdżałam na wakacje i nawet dzisiaj mogę jeździć do każdego innego kraju w ciągu roku na wakacje, ale jeśli nie spędzę przynajmniej kilku dni we Włoszech, nie czuję żebym miała wakacje. I to właśnie we Włoszech nauczyłyśmy się jeść ryby, tam też są najlepsze owoce morza na świecie!

Mówiąc o smakach, jak wiele przeciętny polski klient wie o rybach?

Magda: Śledź, filet z dorsza, filet z łososia i pstrąg to podstawowe ryby, które znają Polacy. W tej materii my jako sprzedawcy ryb mamy wiele do zrobienia, bo nie tylko je sprzedajemy, ale również uczymy naszych klientów jak je przyrządzić i podać. Powiedzmy sobie szczerze przygotowanie posiłku z ryby jest bardzo proste i nie wymaga od nas wielkich umiejętności kulinarnych.

Kinga: To jest misja Popularnej Ryby. Duża różnorodność na ladzie służy wzbudzeniu ciekawości mniej doświadczonych klientów. Na początku są lekko przestraszeni, ale potem stopniowo nas podpytują, dowiadują się i zaczynają w zdrowy sposób zmieniać swoje nawyki żywieniowe, co dzieje się szczególnie w przypadku młodych ludzi. Wśród nas najlepsza w wyjaśnianiu różnych rodzajów ryb i sposobie ich przyrządzania jest z pewnością Agnieszka, która przez 12 lat pracowała w restauracji we Włoszech i jak wiadomo uczyła się od najlepszych. Natomiast kiedy przychodzi Włoch, wszystko jest prostsze, bo on prawie zawsze wie, jaki produkt ma przed sobą, wybiera rybę i wychodzi!

Oprócz dorsza i łososia, jakie ryby najlepiej się sprzedają?

Magda: Na początku okoń morski i dorada, a teraz po 7 miesiącach działalności naszego sklepu: karmazyn, sola, seriola, makrela jak i wszystkie owoce morza, miecznik, tuńczyk, żywe homary, żywe kraby królewskie.

Czy w branży zdominowanej przez mężczyzn, ciężko jest wsiąść w vana i dotrzeć na odległe rynki, aby kupić ryby?

Magda: Chyba nie skłamię jeśli powiem, że jesteśmy jedynymi kobietami albo jednymi z niewielu kobiet, które pojawiają się na targach rybnych. Rynek rybny to świat mężczyzn, ale nam kobietom to nie przeszkadza, przyzwyczaiłyśmy się do tego, lubimy targować się ze sprzedawcami, którzy wyglądają czasem trochę jak piraci.

Czy otwarcie sklepu rybnego w kraju mięsożerców jest aktem odwagi?

Magda: Prawdę mówiąc wszyscy, którym mówiłam, że chcę otworzyć sklep rybny w Warszawie myśleli że zwariowałam, każdy pukał się w głowę i mówił, że to zły pomysł, słyszałam od innych m.in., że: to śmierdzący i ciężki biznes, na pewno mi się nie uda, ciężko będzie zdobyć klientów, ludzie jednak wolą jeść mięso niż rybę itp. Oczywiście mało kto wróżył temu pomysłowi sukces. My jednak dalej jesteśmy dla was, a nasza klientela rośnie z dnia na dzień, nasz wybór świeżych ryb i owoców morza również z miesiąca na miesiąc się poszerza. Zdajemy sobie sprawę z tego, iż przed nami, jeszcze długa droga, zanim ryby morskie zostaną na stałe włączone do codziennej diety każdego Polaka.
Przy okazji planowania biznesu, sprawdziłam statystyki: przeciętny Polak zjada średnio ok. 80 kg mięsa rocznie, ale tylko 17 kg ryb. Moim zdaniem przyczyną tej sytuacji, jest fakt iż dostępność dobrej, świeżej ryby i owoców morza na rynku polskim jest bardzo ograniczona, a jak już taką dostaniemy to ceny są dosyć wysokie. My to zmieniamy, staramy się dostarczyć naszym klientom dobrą i świeżą rybę, taką jaką mogą dostać na każdym fish markecie w Europie w rozsądnej cenie.

Większość ryb kupujecie w Niemczech?

Magda: Tak, w Hamburgu, bo tam znajduje się jeden z największych portów morskich Europy, a ryby są tam dostarczane z całego świata. Nawet gdy zamawiamy ryby z Holandii, Norwegii, Danii, Grenlandii czy też z Morza Beringa odbieramy je w Hamburgu, ponieważ logistyka tam jest najlepsza. Oczywiście dużo kupujemy także z Włoch.

Kinga: Teraz większość ryb pochodzi z hodowli i zanim je kupimy, zwracamy również uwagę na to, w jaki sposób są hodowane. Kiedy odwiedziłyśmy targi w Bremie, wysłuchałyśmy dostawców, sprawdziłyśmy, w jakich warunkach są hodowane, jak są poławiane a następnie, w jakich warunkach i terminach są dostarczane do odbiorców. Wybieramy jedynie najlepszych dostawców.

Dostarczacie ryby także do restauracji?

Magda: Wiele lokali pyta o naszą ofertę, ale współpraca z restauracjami wymaga od nas dalszego rozwoju na poziomie organizacyjnym, ponieważ oznacza to zagwarantowanie pewnych dostaw i ilości. Na razie nadal testujemy naszych dostawców. Kupowanie świeżych ryb jest dużo bardziej zależne od przypadku niż kupowanie mięsa lub innych produktów, co do których można mieć pewność jeśli chodzi o ilość, jakość i czas dostawy. A więc ten sklep rybny w Warszawie to wygrany zakład?

Kinga: Tutaj pracujemy z pasją, a kiedy jest pasja, cała ciężka praca i poświęcenia są mniej uciążliwe. Przemierzamy tysiące kilometrów, aby zaoferować Warszawie wyjątkowe, świeże i wysokiej jakości produkty, radość naszym klientom, którzy wracają, próbują nowych receptur i gratulują, co rekompensuje nam każdy włożony wysiłek.

Strona www: www.popularnaryba.pl
Facebook: www.facebook.com/popularnaryba/

tłumaczenie pl: Karolina Wróblewska
foto: Nel Gwiazdowska

Ennio Morricone, muzyka absolutna

0

Darmstadt w Niemczech, rok 1958. Letnie kursy muzyki współczesnej, które odbywają się co roku w tym miasteczku w Hesji, przyciągają z każdego zakątka świata całe dziesiątki studentów i pasjonatów. Darmstadt, jest w istocie kolebką muzyki nowoczesnej: Boulez, Nono, Stockhausen, Maderna szerzą stąd swoje nauki, które czynią z serializmu jedyną zasadę regulującą każdy parametr w muzyce. Wśród młodych, tłoczących się na organizowanych w mieście koncertach, jest też dziewiętnastoletni rzymianin z dyplomem z kompozycji obronionym u Goffreda Petrassiego.

Petrassi jest muzykiem uważnym na dodekafonię i raczej krytycznym w stosunku do dogmatów darmsztadzkich. Również jego uczeń, niejaki Ennio Morricone, poruszony uczestniczy w niektórych występach, które jego zdaniem graniczą z parodią. Opowie później „… to były rzeczy w stylu: był sobie tamburyn i klarnet. Tamburyn robił ti-ti-ti, a klarnet mu na to odpowiadał tiiii-tiiii. I tak przez dwie godziny. Wszystko to takie gówi…nka, takie pie…dółki.” Pewnego wieczoru jednak Ennio wpada na postać spoza wszelkich schematów to John Cage, amerykański kompozytor, który wprowadził aleatoryzm do muzyki. Cage robi wszystko i jeszcze więcej. Występuje z fortepianem i radiem grającym z maksymalną głośnością, wybiera nuty, które zagra rzucając kośćmi, czasem nie gra nic, ponieważ w partyturze nie chciał nic zapisać. Cage przyciąga ciekawość Morriconego, domyśla się, że za jego przypadkowością stoi jakaś myśl, myśl paradoksalna ale i potężna. Dzień po koncercie Cage’a zwołuje ośmiu kolegów do lasu pod miastem i wydaje dyspozycje. Pozostawmy jeszcze miejsce dla jego słów „wszedłem na głaz i zacząłem dyrygować mówiąc innym: ty wydajesz dźwięk z krtani! Ty wrzeszczysz! Ty zagwiżdżesz, zawyjesz i prukniesz! Wyszła z tego jakaś rzecz, która nie miała nawet dwóch minut w stylu “aah-uhh-prrrr-eeeeeh!” i jeśli nie było to lepsze od Cage’a, to z pewnością było lepsze od tego, czego słuchało się na Ferienkurse.” 

Wspomnienie niedawno zmarłego Ennia Morricone, wybierając właśnie ten epizod z jego długiego życia, to nie jest przypadek… Jego śmierć wstrząsnęła światem, w szczególności Włochami, co nie jest takie oczywiste dla kraju, który zapomniał jak ważna była muzyka dla jego historii (wystarczy wspomnieć  jak mało uwagi poświęca  się tej sztuce w programach szkolnych).  Mimo wszystko muzyka Morriconego zagościła w sercach wszystkich Włochów i jedynie poprzez refleksję nad całą jego twórczością , będziemy w stanie zrozumieć dlaczego tak się stało.  Nuty były jego obsesją. Był w końcu synem trębacza z Zatybrza, który występował w nocnych lokalach jazzowych i z muzyką taneczną. To ojciec nauczył go grać na trąbce i przekonał do nauki w Konserwatorium. Ennio został przyjęty i, jak doskonale wiemy,  przebył również trudną drogę w szkole muzycznej na wydziale kompozycji, w klasie Petrassiego.

Droga ta zaprowadziła go bezpośrednio do Darmstadt, gdzie nauczył się dwóch podstawowych zasad, którym później podporządkuje artystyczną karierę. Zgodnie z pierwszą zasadą, muzyka nie może być prostym intelektualistycznym aktem twórczym, który nie wywiera żadnego wpływu na słuchacza. Druga natomiast głosi, że , niektóre kanony „nowej muzyki”, inspirowane estetyką Cage’a, takie jak akcent pojedynczego gestu, przypadkowość, niekonwencjonalne dźwięki, cienka granica pomiędzy ciszą a hałasem czy improwizacja, mogą stać się podstawą, dzięki której uda się przybliżyć nowoczesne dźwięki szerokiej publiczności. Morricone stworzył  jedne  z największych przebojów włoskiej piosenki lat sześćdziesiątych, od „Se telefonando” przez „Sapore di sale”, „Il mondo” aż po sukcesy autorstwa Edoarda Vianello.

Już w czasach Konserwatorium, w tajemnicy przed nauczycielami, żeby się utrzymać, współpracował z włoskim wydawnictwem muzycznym RCA w zakresie aranżacji muzyki rozrywkowej i robił to na swój sposób. W utworze „Il Barattolo”, przeboju lata w 1960 roku, kompozytor-aranżer wprowadza dźwięk prawdziwego szklanego słoika turlanego na zamrożonej, cementowej powierzchni. To samo dzieje się od samego początku przy tworzeniu muzyki filmowej.

Westerny Sergia Leone były idealnym miejscem dla estetyki Morriconego. Wszechświat dzikiego zachodu włoskiego reżysera jest udawany, w odróżnieniu od tego „realnego” z tradycji amerykańskiej, a Morricone dysponuje idealnymi środkami kompozytorskimi, by uwydatnić tę różnicę. Nasz Maestro rozkłada kubistycznie instrumentalizację, dzieli dźwięki dając im przestrzeń, czyni każdy sygnał dźwięczny idealnie dostrzegalnym, często używa trąbki, ale również gitary elektrycznej w pełnym rockowo-instrumentalnym stylu i, przede wszystkim, dodaje gwizdy, bicze, dzwonki i niezrozumiałe okrzyki.

W pierwszym filmie Daria Argento „Ptak o kryształowym upierzeniu” z 1970 roku, tworzy prawdziwą improwizację absolutną  (niektóre  utwory  rzeczywiście zostały zaimprowizowane w studiu nagraniowym), w której z kakofonii dźwięków w horrorze fabuły wyłaniają się widz-słuchacz lub słuchacz-widz. Morricone nie boi się też sięgać po wielką włoską muzykę, inspirowaną melodią barokową („Misja”, „Pewnego razu w Ameryce”, „Kino Paradiso”). Nie ma teraz znaczenia jego wieczne zmartwienie, że publiczność nigdy nie pozna jego „muzyki absolutnej”, tej niezwiązanej z filmem (teraz ją pozna i to jak!). Liczy się to, jak uzasadnia Polar Music Prize, Nobel w dziedzinie muzyki przyznany przez Szwedzką Akademię Królewską dla Ennia Morricone w 2010 roku, że „przez pół wieku Morricone dyktował styl muzyki filmowej oraz wpłynął i zainspirował wielu muzyków popowych, rockowych i klasycznych”. To nie przypadek, że Włochy i cały świat płaczą dziś razem nad śmiercią jednego z największych geniuszy muzycznych po II Wojnie Światowej. 

tłumaczenie pl: Kinga Jabłonska
foto: Gianfranco Tagliapietra