Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 117

Tiramisu

0

Składniki:

Do biszkoptów:

  • 75g białek jajka
  • 90g drobnego cukru
  • 65g żółtek jajka
  • 20g miodu akacjowego
  • 37g mąki ziemniaczanej
  • 85g mąki typu 00
  • cukier puder do smaku

Do kremu tiramisù:

  • 4 świeże jajka, żółtka oddzielamy od białek
  • 120g drobnego cukru
  • 400g sera mascarpone
  • skórka z 1 cytryny

Do nasączenia:

  • 70 ml gorzkiej kawy
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 łyżeczki brandy (opcjonalnie)

Do truskawek:

  • 250g świeżych truskawek pokrojonych w małe kawałki
  • 2 łyżeczki cukru
  • skórka z 1 cytryny

Do dekoracji:

  • gorzkie kakao w proszku

Przygotowanie:

PRZYGOTOWUJEMY BISZKOPTY

ROZGRZEWAMY PIEKARNIK DO 220°C Z TERMOOBIEGIEM

W pojemnej misce umieszczamy białka w temperaturze pokojowej i drobny cukier. Ubijamy mikserem aż do otrzymania zwartej, niezbyt twardej masy.

W drugiej misce mieszamy żółtka z płynnym miodem.

Następnie wlewamy żółtka do białek i mieszamy z dołu do góry tak, aby nie uszkodzić ubitej piany.

Do miski z wymieszaną masą przesiewamy partiami mąkę typu 00 i mąkę ziemniaczaną.

Wlewamy mieszaninę do rękawa cukierniczego i formujemy podłużne biszkopty. Pomiędzy ciastkami zostawiamy odstępy.

Posypujemy cukrem pudrem, jego nadmiar usuwamy suchym pędzelkiem.

Pieczemy biszkopty przez około 7-8 minut.

PRZYGOTOWUJEMY KREM TIRAMISU’

W dużej misce łączymy żółtka z cukrem, powoli dodajemy mascarpone. Mieszamy aż do połączenia się składników. Dodajemy startą skórkę z cytryny.

W drugiej misce ubijamy białka i łączymy je z masą z żółtek i mascarpone, mieszając delikatnie z dołu do góry.

PRZYGOTOWUJEMY PŁYN DO NASĄCZANIA

W misce mieszamy kawę cukier i, opcjonalnie, brandy.

UKŁADAMY DESER W PUCHARKACH

Układamy naprzemiennie warstwy tiramisù:

na dnie kładziemy biszkopty nasączone kawą, a następnie obfitą warstwę kremu. Układamy w ten sposób kolejne warstwy, aż do wypełnienia pucharka, na górze umieszczamy krem z mascarpone. Posypujemy wierzch przesianym gorzkim kakao.

Smacznego!

tłumaczenie pl: Natalia Dąbrowska

Michalina Tarkowska: niestrudzona dziennikarka sportowa, który kochała Włochy

0

tłumaczenie: Karolina Romanow

Michalina Tarkowska – studentka Wydziału Prawa Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdyby była dzisiaj z nami, miałaby 24 lata. Na pewno zarażałaby nas swoją pozytywną energią. Niestety, tak się nie stanie, ponieważ zginęła tragicznie w wypadku samochodowym w czerwcu ubiegłego roku we Włoszech.

Jej wielką pasją były od zawsze nauka języków obcych oraz sport. Jej miłością natomiast była siatkówka i aby być blisko niej, zdecydowała, że doskonałym pomysłem będzie dziennikarstwo sportowe. Gdy tylko pojawiła się możliwość studiowania we Włoszech, złożyła dokumenty i dostała zgodę swojej rodzimej uczelni na półroczny wyjazd. W lutym 2014 roku udała się na wymianę studencką na Università degli Studi di Cassino. Właśnie wtedy się poznałyśmy. Michalina dotarła do Cassino w drugim semestrze. Szybko się zaaklimatyzowała, a między nami zrodziła się przyjaźń. Michaliny była osobą zawsze pogodną, uśmiech nie znikał z jej twarzy. Nawet w obliczu wyzwań, które na każdym kroku tam na nas czekały, zawsze tryskała dobrym humorem i optymizmem. Michalina od zawsze była zakochana w pięknej Italii, a wyjazd sprawił, że w końcu mogła być bliżej swojej ulubionej reprezentacji.

W 2010 roku dołączyła do grona redakcyjnego Strefy Siatkówki. Te dwa słowa – siatkówka i Włosi połączone ze sobą, już zawsze każdemu w r[cml_media_alt id='113552']Chrzanowska - Misia Tarkowska (6)[/cml_media_alt]edakcji, w której pracowała, będą kojarzyć się tylko z Michaliną. Bo to była jej miłość. Zarażała swoją pasją, potrafiła godzinami o niej opowiadać. A gdy opowiadała, jej twarz promieniała, oczy rozświetlał blask radości. Nikt nie potrafił mówić tak jak ona.

Bardzo szybko został dostrzeżony jej ogromny zapał. Jak mówią jej redakcyjni koledzy, zawsze umiała trafnie przelać myśli na papier. Michalina napisała dla Strefy Siatkówki 1243 artykuły. Studiowała, pracowała, uczyła się języków obcych – włoskiego, portugalskiego, angielskiego, i jeszcze znajdowała czas na to, aby pisać o siatkówce. Była doskonała we wszystkim, co robiła.

Jej uśmiechnięta, radosna twarz, jej optymizm i determinacja w dążeniu do celu towarzyszy mi każdego dnia. Pokochała włoską krainę i pozostała tam na zawsze. Chociaż jej ciało wróciło do ojczyzny, to jej duch bezpowrotnie dołączył do grona Polaków na Monte Cassino.

Misiu, na zawsze pozostaniesz w naszych sercach.

Grupa Teatralna Esperiente – 7 Marca 2015 r. w Warszawie

0

OD REŻYSERA

7 Marca 2015 r., godz. 18:00, na scenie teatralnej Galerii Freta w Warszawie. Zapraszamy na trzy przedstawienia teatralne: dwa o charakterze wodewilowym w języku włoskim (“Nauczyciel gry na fortepianie” i “Mama z wizytą w Warszawie”) oraz jedno przedstawienie w języku polskim (“Kolacja”). Grafika, Scenografia i Kostiumy: Adriana Calovini.

“Wodewil” – termin pochodzący od francuskiego „Voix de ville” czyli „Głos miasta” – jest widowiskiem teatralnym powstałym we Francji pod koniec XVIII wieku, które na przełomie XIX i XX wieku zdobyło ogromną popularność w Europie i Stanach Zjednoczonych. Jest to teatr, w którym jak echem odbija się gwar rozmów dochodzących z mieszczańskich domów, opowiadający o zdradach, nieporozumieniach, nie wyrażonych uczuciach, a jego celem jest rozbawić publiczność, między innymi dzięki utworom muzycznym łatwo wpadającym w ucho i wprowadzającym w wesoły nastrój. Do charakterystycznych cech tego teatru należy werwa, swoboda, sympatia, satyra, oraz subtelna ironia. Tak więc nie będziemy śmiać się do rozpuku, lecz z pewnością na naszych ustach zagości pogodny i radosny uśmiech. Głównymi przedstawicielami tego gatunku są Georges Feydeau i Georges Courteline, natomiast znakomitymi odtwórcami ich ról na przestrzeni minionego stulecia byli artyści tej miary, co Sara Bernhardt, Buster Keaton, Charlie Chaplin, Bob Hope. Nasza publiczność już od pięciu lat z wielkim entuzjazmem obserwuje nasz rozwój. Także i w tym roku, podobnie jak w ubiegłym, z okazji Dnia Kobiet mamy zaszczyt zaprezentować Państwu tę formę teatru i zaprosić do spędzenia z nami kilku wesołych godzin.

Miłej zabawy,

Alberto Macchi

 

LOCANDINA – PLAKAT VAUDEVILLE

 

“Włosi najsympatyczniejszy naród według Polaków”

0

[cml_media_alt id='112443']DSC06411[/cml_media_alt] [cml_media_alt id='112442']download[/cml_media_alt]

Ostatni sondaż przeprowadzony przez Centrum Badań Opinii Społecznej wykazał, iż Włosi zajmują czołowe miejsce w klasyfikacji najbardziej lubianych narodów przez Polaków. Zaskoczeni? Wcale nie! Spróbujmy razem odkryć przyczyny tego wyboru. Przede wszystkim, my Polacy lubimy Włochów, ponieważ identyfikujemy ich z uroczą, pełną życia i tradycji Italią. Kto lepiej od nich może reprezentować ten piękny kraj, który my tak bardzo kochamy? Włosi są otwarci, ciepli, z dużym poczuciem humoru. Albo nie narzekają w ogóle, albo robią to nieustannie, ale tylko z powodu złej pogody. Rzeczywiście, urodzeni w słonecznym kraju, gdzie klimat jest znacznie łagodniejszy od naszego polskiego, samo słowo „zima” źle wpływa na ich nastrój. Jednak nawet niesprzyjająca aura nie jest w stanie pokonać ich optymizmu i radości. Wiele osób kocha Włochów za ich doskonałą kuchnię, znaną i cenioną na całym świecie. Dobra rada dla wszystkich tych, którzy mają bzika na punkcie makaronu: znajdźcie sobie włoskich przyjaciół, a przekonacie się, iż pytanie „co dzisiaj zjemy?” zniknie z waszego życia. Bez wątpienia sympatia w stosunku do Włochów jest znacznie większa niż do innych narodowości, również z powodów historycznych. Na przestrzeni wieków stosunki między tymi dwoma krajami były zawsze pokojowe i przyjazne, bez szczególnych konfliktów i napięć polityczno-terytorialnych. Nawet w hymnie Polski, znanym jako Mazurek Dąbrowskiego, wymienione są Włochy i odwrotnie, mianowicie we włoskim hymnie Mameliego jest wspomniana Polska. Jeśli poznaliście Włochów lub spędziliście wakacje we Włoszech, to pewnie zdaliście sobie już dawno sprawę z tego, że różnic między Włochami a Polakami jest wiele, ale jest też wiele podobieństw. Włochy są krajem bardzo przyjaznym i mają wiele cech, za które ich cenimy. Włosi uwielbiają się relaksować, świętować i spędzać czas w towarzystwie. Więc co może być lepsze od spędzenia czasu we włoskim towarzystwie?

Poza pięknem: włoskie kino dzisiaj

0

tłum. Katarzyna Kurkowska

Jako włoskiemu znawcy kina, zadawane mi są przez laików z całego świata ciągle te same pytania: „Kim jest nowy De Sica? Kto jest nowym Rossellinim? Kim jest nowy Antonioni?”. Mam niekiedy ochotę odpowiedzieć następująco: „Nowy De Sica zrozumiał, że robienie kina we Włoszech to wyłącznie kwestia polityki i rekomendacji; zamiast wyruszyć do Rzymu postanowił pozostać na wsi; teraz jest listonoszem, jest szczęśliwy; napisał kilka powieści, ale trzyma je zamknięte w szufladzie; kocha się ze swoją narzeczoną, a potem w sobotni wieczór udają się do kina, ostatniego nadal otwartego w okolicy, oglądają amerykański film akcji, po czym idą zjeść pizzę.”

A jednak staram się zawsze pozostawić trochę więcej nadziei, odpowiadając, że sytuacja jest trudna, ale na horyzoncie zawsze coś się znajdzie, a w sztuce nie należy nigdy tracić optymizmu.

Na szczęście, obecnie międzynarodowi laicy dają sobie odpowiedź sami. A to dlatego, że wszyscy oni widzieli „Wielkie piękno”, film Paolo Sorrentino, który z Cannes dotarł aż na galę oscarową i został okrzyknięty najlepszym filmem nieanglojęzycznym 2014 roku. Na pytanie: „Gdzie jest włoskie kino?”, najprostsza odpowiedź, która wszystkim ciśnie się na usta, od Los Angeles po Kuala Lumpur, jest zawsze ta sama: „Wielkie piękno”.

Musimy uznać niewątpliwe zasługi filmu Sorrentino, jednak – jeśli chcemy uniknąć powierzchowności – kwestia pozostaje niezmienna: czy jest coś innego, poza pięknem?

W roku 2014 we Włoszech pojawił się „Kapitał ludzki” (Il capitale umano) Paolo Virziego, reżysera uwielbianego przez Włochów, ale niecieszącego się dotychczas powodzeniem na rynkach międzynarodowych. Być może jego filmy, perfekcyjnie prowincjonalne i egzystencjonalne głosy pokolenia, mają trudność z przyjęciem się wśród zagranicznej publiczności. Jego nowe dzieło ma jednak w sobie dużo bardziej globalny wdzięk: stworzone na podstawie książki Stephena Amidona, przeniesione z amerykańskiej prowincji do Brianzy może pochwalić się świetną obsadą i było włoskim kandydatem do wyścigów o Oscara. Od początku wydawało się bardzo trudnym lub wręcz niemożliwym, aby Włochy po piętnastu latach „poszczenia” wygrały dwie statuetki z rzędu i faktycznie obraz nie wszedł nawet do finałowej piątki, ale to bardziej ze względów statystycznych czy dyplomatycznych aniżeli przez wzgląd na walory filmu Virziego. Cieszę się jednak, że jego międzynarodowa widoczność pozwala amerykańskiej i europejskiej publiczności odkryć toskańskiego twórcę „Bólu dorastania” (Ovosodo) oraz „Caterina va in città”.

Ulubionym gatunkiem Włochów, jak wiadomo, jest komedia, jednak często jest to też najtrudniejszy w eksporcie typ filmu, gdyż każdy kraj śmieje się na swój sposób, zwłaszcza z własnych odruchów i własnych nieszczęść. Ale już od dawna nie było tak solidnej włoskiej komedii eksportowej jak „Smetto quando voglio”. Jest to pełnometrażowy debiut 33-latka z Salerno, Sydneya Sibilii, scenarzysty i reżysera tej uniwersalnej historii o grupie badaczy uniwersyteckich, którzy uciekają się do przestępstwa ze względu na chroniczny brak środków na swoje badania. Amerykanie daliby mu tytuł „Rewanż nerdów”, jednak „Smetto quando voglio” [Przestanę, kiedy zechcę] jest wyjątkowo subtelny, co czyni go włoskim do szpiku kości. Fajnie by było, gdyby po zakończonej paradzie na międzynarodowych festiwalach, od Reykjaviku przez Stany Zjednoczone po Londyn, pojawił się jakiś odważny dystrybutor, przekonany, że świat ma ochotę pośmiać się w kinie z Włochów, razem z nimi samymi.

Na koniec chciałbym wstawić się za pewnym typem kina, o którym zbyt często zapominamy: włoską produkcją audiowizualną. Chodzi mi tu o sztukę wideo, która coraz częściej jest naszym najlepszym reprezentantem na festiwalach kina oraz we włoskich instytutach kultury na świecie, a nie jedynie w galeriach czy na różnych biennale. Będąc już w pełni dziełami kinowymi, prace nowych włoskich artystów wideo trafiają do programów telewizyjnych i zdobywają nagrody na międzynarodowych festiwalach. I tak dokument „Hometown-Mutonia” bolońskiego kolektywu artystycznego ZimmerFrei reprezentował włoskie kino na festiwalu w Rzymie i Salonikach; dwadzieścia sześć minut „San Siro” Yuriya Ancaraniego, poetycki portret stadionu piłkarskiego w Mediolanie, zostało nagrodzone brawami w Locarno i Toronto; i w końcu „The Show MAS Go On” wideoartystki-obieżyświata Ra Di Martino, które rozpoczęło na Festiwalu Filmowym w Wenecji swoją podróż pełną nagród. Być może to oni, pod mniejszą presją ze strony rynku i polityki, są obecnie naszymi najbardziej wolnymi ludźmi kina, prawdziwymi spadkobiercami wielkich włoskich tradycji. Chociaż nowy De Sica się poddał, to być może nowi Antonioni nie zadowalają się wyłącznie dostarczaniem filmów-widokówek z Italii.

Jeden dzień w Pizie

0

Mam wrażenie, że Krzywa Wieża i Piza są trochę jak papużki nierozłączki – przynajmniej w naszym przeciętnym systemie skojarzeń. Nie ukrywam, że sama również przez całe życie marzyłam o pamiątkowym zdjęciu typu „mistrz kung-fu podtrzymujący zagrożony zawaleniem się zabytek”, ale mój miejscowy przewodnik po mieście szybko wybił mi ten pomysł z głowy: „Vuoi fare la scema anche tu?”. Otóż to, mieszkańcy Pizy zdecydowanie woleliby, żeby przybywający do nich goście mieli nieco bardziej ambitne plany niż poprawne ustawienie się do zdjęcia z Krzywą Wieżą, zjedzenie margherity czy przespacerowanie się główną aleją pełną międzynarodowych sklepów z odzieżą.

Podczas specjalnej wycieczki organizowanej przez Urząd Gminy San Giuliano Terme miałam okazję przekonać się, że ta część Toskanii ma do zaoferowania dużo więcej. Wystarczy poświęcić chwilę dłużej na odnalezienie tych nieodkrytych jeszcze przez większość turystów miejsc. Chętnie Wam w tym pomogę!

Co więc zobaczyć?

Fondazione Cerratelli – chyba nikt na całym świecie nie może pochwalić się większą kolekcją strojów operowych, teatralnych i filmowych – to stowarzyszenie ma ich w sumie ponad 30 tysięcy! W siedzibie Villa Roncioni w San Giuliano Terme pod Pizą zobaczymy m.in. oryginalne kreacje z najbardziej znanych dzieł Pucciniego. Czemu służy ta zadziwiająca kolekcja? Poza tym, że naprawdę cieszy oko, stale wspomaga przyszłych mistrzów krawiectwa. Który początkujący projektant nie marzy, żeby uczyć się na takich przykładach? Miałam przyjemność wypożyczyć jeden ze strojów na uroczystą kolację w zapierającej dech w piersiach willi Villa Alta – jeśli planujecie wesele to polecam wziąć to miejsce pod uwagę!

Certosa di Calci – klasztor Kartuzów z połowy XIV wieku, który zachował się w bardzo dobrym stanie i dzięki temu pozwala doskonale wyobrazić sobie jak wyglądało życie zakonników za zamkniętymi murami. Polecam spacer z przewodnikiem! Zdradzi Wam na przykład, że w klasztorze można było rozmawiać tylko podczas niedzielnej przechadzki i między innymi właśnie dlatego koty Kartuzów nigdy nie miauczały – zapewne wiedziały, że nie należy przeszkadzać w ciągłej medytacji.

Frantoio Toscano del Rio Grifone – bo czym byłaby wycieczka do Toskanii bez degustacji oliwy i wina z widokiem na słynne skąpane w słońcu wzgórza. Tutaj zobaczycie, jak tłoczyło się oliwę kiedyś, a jak robi się to teraz, spróbujecie tradycyjnych toskańskich potraw, wina i grappy domowej produkcji. Niezwykła rodzinna tradycja, którą gospodarze chętnie dzielą się z gośćmi.

Term[cml_media_alt id='113317']Witkowska - Piza Terme[/cml_media_alt]e di San Giuliano – tu można poczuć się jak starożytni rzymianie, którzy udawali się do łaźni miejskiej i zapominali o bożym świecie. Baseny, groty z mikroklimatem, hydromasaże i to wrażenie, jakby hałas i pośpiech nigdy nie istniały. Do tego restauracja na światowym poziomie – wyobrażacie sobie lody z borowików, perliczkę i semifreddo z kremem z kasztanów? Chyba mogłabym tam zamieszkać…

A w samej Pizie? Oczywiście spacer po mieście sam w sobie jest przyjemnością, zwłaszcza jeśli po drodze do Krzywej Wieży zajrzymy do Museo Nazionale di San Matteo czy na wystawę Igora Mitoraja Angeli. Warto dokładnie obejść naokoło słynną Katedrę przy Piazza dei Miracoli – na jednej z jej bocznych ścian znajdziecie ułożone pionowo dziurki. Legenda głosi, że to ślad pazurów wbitych niegdyś przez diabła. Podobno nie da się ich policzyć, bo za każdym razem wynik jest inny. Nawet nie miałam odwagi spróbować!

Co zjeść?

Koniecznie należy spróbować Ceciny – to placek z mąki z ciecierzycy, często podawany w bułce z dodatkami lub jako przystawka. Polecam knajpkę Il Montino. Kolejka gwarantowana, ale warto odstać swoje. Poza tym oczywiście w walizce wraca z nami makaron Martelli oraz butelka pysznego toskańskiego wina – do wyboru, do koloru (ja wybrałam to z Cortony). A na uroczystą, wykwintną kolację (na którą absolutnie w Toskanii należy sobie pozwolić!) zaprasza przesympatyczny i niezwykle uzdolniony szef kuchni Luca Micheletti, którego dań możecie skosztować w Locanda Sant’Agata.

Gdzie się zatrzymać?

Jeśli zależy Wam na dobrej lokalizacji, to polecam Hotel La Pace, który znajduje się przy samej stacji kolejowej i zaledwie kilka kroków od najważniejszych muzeów i zabytków w mieście. Jeśli zaś wolicie spokój i urokliwe widoki o poranku to Airone Pisa Park Hotel na pewno przypadnie Wam do gustu. W obu przypadkach przemili właściciele, pyszne śniadania i obsługa mówiąca po angielsku, co we Włoszech naprawdę może okazać się niezwykle przydatne!

Skąd dolecieć?

Do Pizy bezpośrednio dolecimy tanimi liniami z portów lotniczych w Gdańsku, Krakowie i Warszawie-Modlin – niestety tylko w sezonie letnim (kwiecień – październik). Ja skorzystałam z usługi włoskiego przewoźnika Alitalia (lot z przesiadką w Rzymie).

Więcej zdjęć i szczegółowych informacji o wszystkich miejscach znajdziecie na moim blogu www.via-italiana.com.

Udanej podróży!

Prezentację książki Mario Lattes, Il Ghetto di Varsavia

0

Włoski Instytut Kultury w Warszawie i Ambasada Szwajcarii w Polsce z okazji Dnia Pamięci o Holocauście mają przyjemność zaprosić na prezentację książki Mario Lattes, Il Ghetto di Varsavia, pod redakcją Giacomo Jori, Lugano, Wydawnictwo Cenobio, 2015

27 stycznia 2015, godz. 18.00

Włoski Instytut Kultury

Ulica Marszałkowska 72, Warszawa

Udział wezmą:

Caterina Bottari Lattes (Fundacja Bottari Lattes)

Dario Disegni (Fundacja Hebrajskich Dóbr Kulturalnych i Fundacja Bottari Lattes)

Giacomo Jori (Uniwersytet Szwajcarii Włoskiej, Instytut Studiów Włoskich)

Pietro Montorfani (Wydawnictwo Cenobio i Archiwum Historyczne miasta Lugano)

Tłumaczenie symultaniczne

Mario Lattes (Turyn 1923-2001), malarz, pisarz i wydawca, uszedł prześladowaniom rasistowskim, w 1960 r. uzyskał dyplom z Filozofii w Turynie broniąc pracy magisterskiej poświęconej historii współczesnej i gettu w Warszawie. Z wielu powodów, praca magisterska, choć miała być opublikowana, do dziś nie została wydana. Pierwsza prezentacja książki odbędzie się w Warszawie we Włoskim Instytucie Kultury.

Karnawał: maski i zawieszenie reguł odprężeniem dla ludu

0

(tłum. Katarzyna Kurkowska)

photocopyright Carnevale di Venezia
www.carnevale.venezia.it

Korzenie Karnawału

Należy z miejsca wyjaśnić, że za czarem Karnawału, masek i przebrań, skłaniających do przybrania odmiennej tożsamości i korzystania bez umiaru ze świąt i spotkań, w innym przypadku niemożliwych, kryje się społeczna tradycja libertyńska, narodzona w mrokach dziejów. Już Egipcjanie, Grecy ze swoimi dionizjami, czy też Rzymianie z saturnaliami, w różnych porach roku urządzali powtarzalne cykle, w czasie których dozwolone było zerwanie z ustalonymi regułami. Momenty wyzwolenia i profanacji, które pełniły funkcję niemalże terapeutyczną, oferując odprężenie dla ludu, a zwłaszcza dla tych najbardziej przez większość roku uciskanych. Tradycja ta została później wchłonięta przez kulturę chrześcijańską i weszła do kanonu pod nazwą „Karnawał”, pod datami: od Święta Trzech Króli do tłustego wtorku, który poprzedza Środę Popielcową i Wielki Post. Co ciekawe, Karnawał, słowo pochodzące od łacińskiego „carnem levare” i oznaczające wykluczenie mięsa z diety przez wierzących na czas oczyszczającego Postu, stał się na przekór temu określeniem okresu poprzedzającego rozpoczęcie postu. Czasu od wielu wieków przyzwalającego na swego rodzaju zawieszenie reguł społecznych i moralnych. W średniowiecznych Włoszech złożonych z wielu państw i republik, Karnawał świętowany był różnie i dotrwał do naszych czasów ze swoimi różnorodnymi tradycjami i zwyczajami, od Neapolu po Sardynię, od Rzymu po Viareggio, aż do Wenecji. I to właśnie tu, w ówczesnej Serenissimie, Karnawał z wydarzenia o znaczeniu lokalnym stał się elementem kultury europejskiej.

[cml_media_alt id='112396']DSC_4331[1][/cml_media_alt]

Karnawał Wenecki

W Wenecji o Karnawale mówi się już od czasów odległego edyktu z 1296 roku, który ustanowił dzień poprzedzający Środę Popielcową dniem świątecznym. Od tamtej pory Karnawał ciągle przybierał na znaczeniu, w sensie społecznym, lecz także politycznym, gdyż widziany był jako doroczny czas uzdrawiającego mieszania się klas społecznych. Jednakże dalekowzroczni kupcy Serenissimy prędko pojęli, że Karnawał mógł być także świetną okazją do zarobku, jeśli tylko przyciągnąć szlachtę i bogatych z całej Europy, którzy aby cieszyć się szczególnym Karnawałem na lagunie przybywali do miasta przywożąc ze sobą pieniądze, które potem wydawali na uczty, teatry, imprezy i zakupy wszelkiego typu znanych wówczas towarów, w które Wenecja – Republika Morska czyniąca z handlu ze Wschodem swój atut – była znakomicie wyposażona. Na przestrzeni wieków Wenecja udoskonaliła swój Karnawał, wydłużając wedle uznania jego czas lub rozciągając go na inne pory roku aż do przesady: w czasach schyłku Republiki potrafił trwać nawet do pięciu miesięcy.! Wenecja, która dysponowała dobrze rozwiniętym systemem śledczym, cynicznie wykorzystywała Karnawał także jako okazję do poznania sekretów i plotek z całej Europy. Potomkowie rodzin szlacheckich po dotarciu do Wenecji oddawali się wszelkim przyjemnościom dozwolonym w czasie Karnawału, a wśród gier hazardowych, wina i kobiet użyteczne dla strategii Serenissimy informacje łatwo wymykały się spod kontroli i stanowiły łup dla sumiennych weneckich funkcjonariuszy, którzy potajemnie nawiedzali tego typu środowiska. Ale dlaczego wszyscy przybywali właśnie do Wenecji? Dlatego, że miasto to bardzo szybko rozwinęło wyrafinowaną kulturę świętowania, zabawy i spektaklu teatralnego. Wydarzenia te często organizowane były nie przez państwo, ale przez sam lud, zrzeszony dla celów ludycznych w tzw. Compagnie de Calza. Były to awangardowe stowarzyszenia, łączące różne grupy wenecjan według ich zawodu. Compagnie de Calza, których były dziesiątki, prześcigały się w organizowaniu balów fantasmagorycznych, gier, piramid ludzkich i spektakli. W zbiorowej świadomości świata Karnawał Wenecki nawiązuje obecnie do tego z XVIII wieku, opisywanego przez Casanovę, w tekstach teatralnych Carlo Goldoniego, na obrazach wedutystów i w kronikach pisarzy, poetów, muzyków, jak w przypadku potajemnej wizyty młodego Wolfganga Amadeusza Mozarta, nadal wspominanej przez tablicę zawieszoną na kamienicy, w której mieszkał, ledwie dwa kroki od Teatru La Fenice. To właśnie osiemnastowieczny Karnawał odcisnął największe piętno na kulturze europejskiej, gdyż w chylącej się już ku upadkowi i militarnie bezsilnej Serenissimie pozostawał on jedyną okazją do zagoszczenia po raz kolejny na scenie międzynarodowej. Z tego też powodu im słabsze było państwo, tym głośniejszy i bardziej rozpasany stawał się Karnawał. Jednak to w okresie renesansu odbywały się najbardziej niezwykłe imprezy dla ludu, pojedynki między dzielnicami, nierzadko krwawe i pełne przemocy, a także wspaniałe, jak i ulotne orszaki maszyn scenicznych, które paradowały na Canal Grande, aby później zostać spalone symbolicznie na stosie.

[cml_media_alt id='112392']VM&E_1179.1[/cml_media_alt] [cml_media_alt id='112391']VM&E_0763.1[/cml_media_alt]

Współczesny Karnawał

Ten, kto obecnie udaje się na Karnawał do Wenecji bierze udział w święcie będącym nową interpretacją tradycji Carnasciale, w obecnym kształcie od lat 80-tych ubiegłego wieku. Od końca wojny do lat 80-tych Karnawał był jedynie małym, kilkudniowym świętem dla dzieci, które zaczęło odżywać dopiero pod koniec lat 70-tych w formie rajdów studentów i młodzieży, obrzucających przechodniów jajkami i mąką. We Włoszech, które z trudem podnosiły się po smutnym okresie terroryzmu „Anni di Piombo” (dosł. „lata z ołowiu”, od kul pistoletów), ludzie czuli potrzebę odzyskania dla siebie miejskich placów, odnalezienia utraconej beztroski i chęci życia. W takiej atmosferze, w Wenecji Karnawał odrodził się spontanicznie, dzięki wprowadzeniu odrobiny muzyki na ulice. Nastał złoty wiek, w którym pragnienie zabawy i przekraczania granic dla zapomnienia przytłaczającego klimatu polityczno-społecznego zachęcało całe miasto do spotkań po pracy na tańce na Placu Świętego Marka. Właściciele i sprzedawcy sklepowi, dyrektorzy i sekretarki, po zamknięciu biur nakładali maski, peruki, trochę makijażu i wychodzili wszyscy razem z pracy, aby znaleźć upragnione odprężenie i bawić się, zapominając o rolach i obowiązkach narzucanych im przez codzienność. Było to więc nieświadome odkrycie na nowo najbardziej autentycznej wartości Karnawału: zawieszenia reguł społecznych. Miasto Wenecja wiedziało jak dobrze wykorzystać to nagłe odrodzenie Karnawału i ożywić turystykę zimową: do lat 80-tych wiele z weneckich hoteli od października do marca było zamkniętych. Od tamtej pory był to już ciągły wzrost, odrodziły się także niektóre Compagnie de Calza, pierwszą i jedyną funkcjonującą do dziś jest Compagnia de Calza I Antichi, która dzięki ponownemu odkryciu zwyczajów z przeszłości organizuje imprezy transgresywne i profanacyjne, takie jak pikantny festiwal poezji erotycznej podlewany grappą. Do dnia dzisiejszego Karnawał nieuchronnie przekształcił się ze święta typowo weneckiego – w typowo turystyczną manifestację, a to z powodu coraz większej liczby gości, którzy przybywali, aby być częścią Karnawału, a nie tylko jego widzami. I to jest właśnie prawdziwie wenecka specyfika: wystarczy nałożyć maskę bauta, trykorn i pelerynę, aby wtopić się w karnawałowy tłum i poczuć bohaterami społecznego święta. Dziś Karnawał jest sumą wielu wydarzeń, z których duża część jest dziełem weneckiej administracji, która powierza zorganizowanie imprezy reżyserowi. Od kilku lat jest nim Davide Rampello, któremu zawdzięcza się wiele wynalazków, takich jak Vogata del Silenzio, fontanna winna i palenie na stosie maszyn scenicznych. W tym roku zaproponował użycie zbiornika wodnego i przestrzeni przy Arsenale w czasie nocy karnawałowych. Spośród innych reżyserów pamiętamy wenecjanina Marco Balicha, który zaplanował również manifestacje otwarcia i zamknięcia Olimpiady Zimowej w Turynie oraz Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej EURO 2012 w Polsce i na Ukrainie. Poza bogatym kalendarzem wydarzeń instytucjonalnych na czas Karnawału, skoncentrowanych wokół Lotu Anioła i Orła z Dzwonnicy św. Marka, Festa Veneziana z zamaskowanym pochodem na wodzie, parady Corteo delle Marie i wielu innych wydarzeń, jest też cały kalejdoskop imprez organizowanych przez osoby i instytucje prywatne, wśród których na uwagę zasługują m.in. warsztaty karnawałowe Biennale, wspaniały Ballo della Cavalchina w Teatrze Wielkim La Fenice (znowu od 2016) i ekskluzywny Ballo del Doge w Palazzo Pisani Moretta, przeznaczony dla tych, którzy są w stanie wydać na imprezę karnawałową kilka tysięcy euro. Kalendarz wydarzeń (organizowanych przez grupę doświadczonych wenecjan z ugruntowanym know-how w tej dziedzinie) obejmuje 3 tygodnie z weekendem wstępnym (w tym roku będzie to 31 stycznia-1 lutego) i dziesięcioma dniami intensywnej rozrywki: od drugiego weekendu aż do tłustego wtorku (7-17 lutego). Przyciągają one prawie milion turystów, który powiększa się o dodatkowe 100 tys. w dniach najwyższego szczytu. I oto dziś, tak jak w czasach Serenissimy, Karnawał ponownie staje się źródłem znaczącego ekonomicznego zysku dla miasta.

Marzenia post-net. Sztuka po Internecie, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

0

Wystawa Private Setting – Art after the Internet jest podsumowaniem młodych autorów, którzy weszli na scenę artystyczną przy pomocy bardzo dynamicznemu rozwojowi Internetu i cyfrowej kultury masowej, w przestrzeni pełnych pozornie nieograniczonych możliwości i charakteryzującej się nadmiarem obrazów i informacji.

Trzydziestu młodych artystów, wszyscy urodzeni w latach 1980 i 1990, zostali zebrani przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, aby odpowiedzieć na konkretne pytanie: jak się zmieniła, w wyniku szerzącego się postępu technologicznego ostatniej dekady i codziennego kontaktu z mediami, tożsamość artysty i jego interakcja ze światem?

[cml_media_alt id='112320']Urso - Sogni (10)[/cml_media_alt] [cml_media_alt id='112319']Urso - Sogni (6)[/cml_media_alt]

Wystawa prezentuje kilkadziesiąt prac (wiele z nich to filmy), wszystkie zbudowane na fundamencie teoretycznym, który dotyka zawsze kluczowych zagadnień filozofii i socjologii ostatnich trzydziestu lat: świat jako przedstawiciel rozszerzenia totalitarnych obrazów, poddanych dyskusji na temat zalet rzeczywistości nad światem wirtualnym, gdzie zaciera się granica między prywatnością, a dostępnością dla ogółu, realnością a fikcją, oryginalnością a kopią. Przedstawione w skrócie kluczowe kwestie, które już dokładnie zostały omówione w sztuce postmodernistycznej, rozwijając swoje spostrzeżenia, na temat młodych artystów, którzy tworzą swoją własną sztukę – nadal słabo zdefiniowaną, przenosząc je na ekstremalne tereny -tak zwany post-Internet Art.

Dzieła są przedstawione w sposób dwuznaczny, otoczone aurą, która przyciąga ale i odpycha w tym samym czasie. Oziębła atmosfera oraz pustka, która towarzyszy wszystkim salom przenoszą widzaa w podróż blasku, gdzie ekrany wydają się być żywe, które niepokoją swoim chłodem i jednocześnie przyciągają swoją bliskością. Od wideo Eda Atkins, zaprojektowanego do odkrywania świata hiperrealistycznego, z tworzeniem złożonych środowisk cybernetycznych zaludnionych przez postacie wirtualne i awatary nieznanego pochodzenia z instalacjami interaktywnymi Daniela Kellera; poprzez google street views Johna Rafmana, do symulowanych światów stworzonych przez Ryana Trecartina, mających na celu zbadanie relacji w dobie komunikacji masowej i nadprodukcji informacji.

Podczas wystawy ma towarzyszyć uczucie chęci wzięcia udziału w pokazie szeregu dzieł sztuki, takich jak nigdy dotąd „przejściowych”, estetyka przejściowości post-net, na której te dzieła bazują. Projekty obrazów w PowerPoint, nakładające się na siebie języki, kiczowate filmy krótkometrażowe. Wydaje się dziwne, że z wyjątkiem nielicznych przykładów, wiele z tych dzieł wydaje się działać bardziej na odbiorcę gdy przyswajane są przed ekranem komputera ,wolne aby móc działać między obrazami, bez wielkogabarytowych mas funkcjonalności poświadczonych przez muzeum.

Mimo, że wystawa ogólnie nie została stworzona dla efektywności, nie zawsze będącej w stanie dostarczyć ukierunkowaną analizę i trafiając w punkt tematu , pozostała w charakterze kiczu intrygując ale nie krytycznie, proponując całkowicie szerokie możliwości wiążących się ze sobą języków światowych mediów internetowych. Wybór, na pewno odważny, szczególnie biorąc pod uwagę polski kontekst, taki jak nigdy przedtem w tym przypadku, bezpośrednio otwiera się na trendy współczesnej estetyki. Private Setting dlatego jest ważnym elementem w rozwoju kulturalnym miasta, ponieważ przedstawia istotne w najlepszy sposób dziwaczną dynamikę między sztuką, – oraz miejsca jej wykonywania- i obecną neoliberalną logikę obywatela społeczno-gospodarczego: wszystko bardzo szybkie, wszystko bardzo zmienne, bardzo kiczowate! „Postmodernistyczna bajka” , która trwa w Warszawie.

Do 6 stycznia 2015

Pod opieką Natalii Sielewicz

Artyści: Sarah Abu Abdallah and Joey L. DeFrancesco, Korakrit Arunanondchai, Ed Atkins, Trisha Baga and Jessie Stead, Darja Bajagić, Nicolas Ceccaldi, Jennifer Chan, CUSS Group, Czosnek Studio, Jesse Darling, DIS, Harm van den Dorpel, Loretta Fahrenholz, Daniel Keller, Ada Karczmarczyk, Jason Loebs, Piotr Łakomy, Metahaven, Takeshi Murata, Yuri Pattison, Hannah Perry, Jon Rafman, Bunny Rogers, Pamela Rosenkranz, Ryan Trecartin, Ned Vena

„Ida” kandydatem do Oscara, polskie kino wraca do światowych łask?

0

(Foto copyright Piotr Suzin, tłum. Katarzyna Kurkowska)

Podczas ostatniej edycji Festiwalu Filmowego w Wenecji spotkaliśmy się z Pawłem Pawlikowskim, reżyserem odnoszącego sukcesy filmu „Ida”, który będzie reprezentował Polskę w walce o Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Pawlikowski to polski intelektualista, który spogląda na swój kraj obiektywnie, w sposób charakterystyczny dla osoby od lat mieszkającej za granicą.

Czy ten dystans pomógł Panu lepiej zmierzyć się z wieloma polskimi wątkami poruszonymi w „Idzie”?

Rzeczywiście, w „Idzie” poruszam kilka kwestii wybitnie polskich: Polska z jej paradoksami i typami ludzkimi, wiara, tożsamość. Chodziło mi o to, żeby pokazać na ekranie pewien obraz Polski, który jest mi bardzo bliski, z muzyką i atmosferą z tamtej epoki. Zderzenie świata straumatyzowanego przez wojnę, stalinizm, Holocaust z witalnością Polaków oraz ich potrzebą życia. Długo narastała we mnie potrzeba powrotu nie tylko do Polski, ale również do lat 60-tych. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy dziennikarze, chciałbym podkreślić fakt, że nie jest to film o stosunkach polsko-żydowskich.

[cml_media_alt id='112295']714B63061.1[/cml_media_alt]

Polskie kino może się poszczycić wielką tradycją, jednak ostatnimi czasy wydaje się, że reżyserzy skupili się na kręceniu lekkich komedii, nastawionych na łatwy i szybki zysk.

Tak, obecnie faktycznie powstaje w Polsce wiele komedii, ale także i filmów poważnych, być może nawet zbyt poważnych, m.in. „Pokłosie”, „Daleko od okna” czy „Lęk wysokości”. Brakuje za to filmów, w którym forma i treść miałyby ze sobą coś wspólnego, w których liczy się spojrzenie reżysera na świat. Brak jest dzieł epickich, a jednocześnie bezpośrednich. W Polsce bardzo często filmy są robione albo komercyjnie, albo mają za zadanie zmierzyć się z jakimś społecznym problemem (jak chociażby homoseksualizm) z pozycji dydaktycznej. W porządku, ale dla mnie ważniejsze jest ukazanie pewnej wizji świata, w której forma jest spójna z fabułą; gdzie liczy się film, w którym nie skupiamy się na wyolbrzymianiu emocji. Dla mnie ważne jest unikanie retoryki politycznej, prób wyjaśniania historii czy przedstawiania Polaków koniecznie albo jako bohaterów, albo jako ofiary. Ludzie są uniwersalni i skomplikowani zarazem, moim celem jest ukazanie tej złożoności w bezpośredniej formie.

[cml_media_alt id='112296']714B64391.1[/cml_media_alt]

W Pana filmografii widać szczególne zainteresowanie tematyką polityczną, np. Serbią lub osobą Józefa Stalina. Planuje Pan nakręcenie filmu o tym rosyjskim dyktatorze?

Przez pewien czas ta tematyka była mi bliska. Jeśli chodzi o Stalina, to chciałem zrobić film o jednym z jego kumpli, wariacie, mordercy. W przeszłości kręciłem dokumenty polityczne, ale bez wydawania politycznych sądów. Celem mojej pracy pozostaje poszukiwanie uniwersalnego i ponadczasowego odczytania danego tematu. Osobiście nie mieszam się do polityki. Za bardzo jej też nie rozumiem. Myślę, że w gruncie rzeczy nie mamy o niej pojęcia. W dzisiejszych czasach media robią z naszych mózgów sieczkę, wiemy wszystko o wszystkich, ale w gruncie rzeczy nie wiemy nic. Nie ufam środkom przekazu. Przestałem słuchać wiadomości (np. odnośnie Ukrainy) i nie wypowiadam się na temat żadnej sytuacji politycznej, jeśli nie znam jej naprawdę z bliska. Wiadomości, których dostarczają nam media, są informacjami z drugiej ręki, ujętymi w tak banalne narracje, że w ostatecznym rozrachunku tracą sens.

Mieszkał Pan przez jakiś czas we Włoszech, czy to na Pana jakoś wpłynęło?

Rok, który spędziłem we Włoszech, był wspaniały! Miałem 22 lata, uciekłem z Oksfordu, gdzie nie mogłem ukończyć doktoratu, a we Włoszech znalazłem nawet pracę. Lubię Włochy, ale nie mógłbym tu mieszkać, nie jest to chyba kraj merytokracji. Trzeba ciągle nawiązywać i utrzymywać odpowiednie znajomości, co mnie się nigdy nie podobało, ani tutaj, ani w Polsce.

Jakie są Pańskie plany? Będzie Pan się jeszcze zajmował Polską?

Pracuję w tej chwili nad trzema filmami, ale nie będą one o Polakach samych w sobie, mnie interesują postaci, a nie fakt, że rzecz dzieje się w moim kraju.

Polska przeżywa teraz okres intensywnego rozwoju gospodarczego.

Tak, generalnie rzecz biorąc, jest to sprzyjający moment dla Polski. Obecnie mieszkam w Warszawie przez co najmniej sześć miesięcy w roku i muszę przyznać, że kocham to miasto. Jestem warszawskim patriotą, tutaj się urodziłem i wychowałem. Jestem naprawdę szczęśliwy ze swojego powrotu i z tego, że mogę się tutaj zatrzymywać na tak długo. I nie mówię tego z czystego sentymentu, ale z obiektywnych przyczyn: w Warszawie dobrze się żyje, dużo się dzieje, mieszka tu sporo ciekawych ludzi.

Uważa Pan Warszawę za jedną z nowych stolic Europy?

Z pewnością jest to piękne miasto w centrum Europy zamieszkiwane przez energiczną społeczność. Kiedy pomyślę o Paryżu, gdzie długo przebywałem, widzę, że w przeciwieństwie do Warszawy francuska stolica jest zbyt zamknięta w sobie, zbyt pewna siebie, dzieje się tam mało, jest zbyt burżuazyjna. W Paryżu ma się wrażenie, że wszystko już zostało jakoś ustalone dawno temu i dziś nie można już tego zmienić. Warszawa natomiast jest otwarta, różnorodna, heterogeniczna oraz pełna pozytywnej energii.

W zeszłym roku na Festiwalu w Wenecji przeprowadziliśmy wywiad z Andrzejem Wajdą przy okazji premiery „Człowieka z nadziei”. Z tego spotkania powstał wniosek, że w trudnych czasach komunizmu, pomimo cenzury, powstawały w Polsce wartościowe filmy doceniane na świecie, a dziś, w wolnym, rozwijającym się gospodarczo kraju filmy nie przekraczają granicy państwa. Gospodarka ma się dobrze, a kultura już nie?

Zgadzam się z tym jedynie po części. Należy pamiętać, że w tamtych czasach Polska była linią frontu oddzielającą dwa światy. Za komuny byliśmy jednym z najciekawszych państw, istniała u nas prawdziwa opozycja, walczyliśmy o coś. Byliśmy „najweselszym barakiem w komunistycznym obozie”, na świecie cieszyliśmy się dużym zainteresowaniem politycznym i społecznym. Dzisiaj staliśmy się zwykłym zachodnim państwem, przez co może straciliśmy nieco na atrakcyjności. Zgadzam się z opinią, że przykro jest obserwować kopiowanie w polskim kinie modeli zachodnich. Nie ma potrzeby przekładania polskich problemów na język Hollywoodu, należy stworzyć coś autentycznego, interesującego z formalnego punktu widzenia i uniwersalnego w swoim obrazie świata. Nie koncentrować się na tym, co dany film mówi o Polsce, ale po prostu działać bez kompleksów. Tak jak czyni to Wielka Sztuka, która stara się zawsze opowiedzieć coś o człowieku ze wszystkimi jego paradoksami i komplikacjami, robiąc to w sposób epicki i właśnie wyzbytym kompleksów. W Polsce jest tego mało. Często natomiast robi się u nas filmy propagandowe, na tematy polityczne, które lansują pewną określoną interpretację danego tematu lub odzwierciedlają pewien punkt widzenia. Alternatywą są filmy opowiadające o naszej mitologii; o tym, jacy to jesteśmy wielcy, piękni i niezrozumiani przez świat. Powstają też mierne komedie. Jest w tym wszystkim zbyt wiele autoreferencjalizmu, nadmiernej samoświadomości. Powinniśmy mówić o życiu, posługując się kanonami uniwersalnymi, skupiać się na człowieku w ogóle, a nie na byciu Polakami. Przecież ludzie żyjący w Polsce nie różnią się tak bardzo od tych mieszkających gdzie indziej. Wielka Sztuka zawsze patrzy na świat z perspektywy uniwersalnej i ponadczasowej.