Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 117

To, co najlepsze, w liczbach

0

tłum. Sonia Sopoćko

Wino to kolejny cud regionu położonego w centrum kontynentu europejskiego, rozciągającego się aż do wybrzeży Afryki Północnej, który nazywany jest Włochami i którego sama nazwa przywołuje na myśl wyobrażenie piękna, znakomitości i perfekcji.

W 2014 roku produkcja wina we Włoszech wyniosła 44,4 milionów hektolitrów, zajmując drugie miejsce po Francji z 46,2 milionami. Regiony takie jak Wenecja Euganejska, Emilia Romania, Apulia i Sycylia stoją na szczycie wydajności, dając 60% krajowej produkcji win.

Poza liczbami, które mogą zaciekawić i pomóc w przedstawieniu całkowitego obrazu sytuacji, ważnym i zarazem interesującym faktem jest to, że we Włoszech istnieją 493 odmiany winogron. Oprócz znanych nam nazw win jest też wiele nazw żargonowych, pełnych fantazyji, które zmieniają się w zależności od miejsca, mimo iż pochodzą z tego samego typu winogron. To wszystko składa się na barwy i różnorodny dodatek geograficzno-leksykalny.

Włoskie wina sklasyfikowane są w trzech kategoriach. Pierwszą, tę z najwyższej półki, tworzą 73 wina DOCG (Denominazione di Origine Controllata e Garantita), następnie mamy 336 win DOC (Denominazione di Origine Controllata) oraz 118 win IGT (Indicazione Geografica Tipica), co pokazuje niesamowitą różnorodność produktów, które następnie są nam oferowane, eksportowane i rozsławiane na całym świecie przez winiarzy, konsorcja, sommelierów, dziennikarzy, a nawet za pośrednictwem blogów, które co dzień oddają hołd darom natury i terytorium Włoch.[cml_media_alt id='113469']Lamponi - In vino veritas (1)[/cml_media_alt]

Wśród słów wyrażających emocjonalną przynależność do danej ziemi, najodpowiedniejszym i najsilniejszym określeniem jest słowo „terytorium”. Kiedy podróżnik bądź turysta dowiaduje się, kupuje i próbuje wina, robi to, aby w pewien sposób dostosować się i wprowadzić siebie w nastrój miejsca, z którego ono pochodzi, a które sam poznał lub chciałby poznać i zapamiętać. Wiele znanych win zawdzięcza swoją nazwę miejscu, z którego pochodzą (Chianti, Barolo, Brunello di Montalcino, Amarone della Valpolicella, Bardolino, Custoza, Lugana, Vermentino di Gallura i wiele innych). Oznacza to, że więź z terytorium, z jego ziemią i z ludźmi stamtąd pochodzącymi jest bardzo silna. To sprawia, że pamiętamy, iż za każdą butelką stoją ludzie, wysiłek, tradycje, język i miłość do ziemi, z której można wydobyć najwyższej jakości dobra, dostępne dla wszystkich, którzy są w stanie je rozpoznać.

Bajkowy ślub w Toskanii

0

Willa wypełniona bogato zdobionymi freskami i melodiami granymi na harfie. Ja, niczym księżniczka w pięknej i długiej sukni, z kieliszkiem schłodzonego prosecco w dłoni. Przede mną zapierający dech w piersiach widok na wzgórza błyszczące od świateł małych miasteczek ukrytych wśród krętych uliczek i bujnych drzew. Uśmiecham się, a świat uśmiecha się razem ze mną.

Brzmi jak reklama? Sen? Nie. Wręcz przeciwnie – taki scenariusz całkiem łatwo zamienić w rzeczywistość. Wystarczy wziąć ślub w Toskanii!

Wie coś o tym Simona Cappitelli, wedding planner (z ang. organizator ślubów), która od lat czyni ten wyjątkowy dla pary młodej dzień jeszcze piękniejszym. Piękniejszym od ich najśmielszych oczekiwań! Począwszy od czcionki na zaproszeniach, a kończąc na kolorze butów, w których panna młoda wypowie magiczne „tak”, i to wszystko oczywiście w towarzystwie Belpaese. „Praca” to chyba za dużo powiedziane. Dużo trafniej byłoby określić ten zawód jako frajdę czy chociażby ogromną przyjemność. Jednak czy w rzeczywistości faktycznie tak jest? Spróbujmy dowiedzieć się na ten tema[cml_media_alt id='113463']Witkowska - Matrimonio (4)[/cml_media_alt]t czegoś więcej.

Pracowanie jako wedding planner staje się coraz popularniejsze, ale niewiele osób wie, na czym tak naprawdę ten zawód polega. Powiesz nam o nim coś więcej? Jak wygląda Twój normalny dzień pracy?

Organizuję śluby. Pary przychodzą do mnie i proszą mnie, żebym uczyniła ich dzień jeszcze piękniejszym, ponieważ zależy im na uniknięciu stresujących sytuacji. Chcą się tym dniem cieszyć, dobrze się bawić. W wyobrażeniu wielu osób bycie wedding plannerem to hobby, ale jak tylko spędzą ze mną pięć minut w pracy, szybko zmieniają zdanie. W najpiękniejszym dniu w życiu pary niczego nie można pozostawić przypadkowi, wszystko musi być perfekcyjnie dostrojone jak fortepian czy skrzypce. Można by to porównać do nut na pięciolinii – jedna równo przy drugiej, nie może wkraść się tam żaden fałsz.

Chcesz powiedzieć, że jest to praca bardziej stresująca niż relaksująca? Ja zawsze wyobrażam sobie ciebie taką uśmiechniętą! Spotykasz ludzi szczęśliwych, zakochanych…

To zajęcie wymagające precyzji, koncentracji, cierpliwości… Ogromnych pokładów cierpliwości i kreatywności, choć oczywiście to też składa się na tę piękną stronę mojej pracy. I tak, to wyjątkowo przyjemne, kiedy cały czas masz do czynienia z miłością. W końcu ślub to święto dwóch żyć, których drogi się spotkały.

Kto przyjeżdża do Toskanii, żeby wziąć ślub? Jedynie Włosi czy zdarza Ci się również współpracować z osobami z zagranicy?

Przede wszystkim zajmuję się organizacją ślubów dla obcokrajowców, dla par zakochanych w Toskanii, które zdecydowały się ukoronować tu swoje marzenie. Włosi? Zdarza się może jedna para rocznie.

Na czym polega wyjątkowość uroczystości ślubnej w Toskanii? Co ten region Włoch ma do zaoferowania parze młodej?

To moje strony. Pochodzę z Florencji, więc jestem Toskanką i uważam, że nie ma piękniejszego regionu niż nasz. Mamy tutaj wszystko: wspaniałe wiejskie krajobrazy pełne willi i pałaców; winnice; znakomite jedzenie; prosty, ale jednocześnie niezwykle elegancki styl życia; jedne z najpiękniejszych miast sztuki na świecie; góry z cudownymi pejzażami oddalone zaledwie o kilka kilometrów od Florencji czy przejrzyste morze, które śmiało mogłoby się równać z tym Karaibskim. Ludzie przyjeżdżają tu po swój toskański sen, wyborne jedzenie, wykwintne wina i zapierające dech w piersiach widoki[cml_media_alt id='113464']Witkowska - Matrimonio (5)[/cml_media_alt].

Jakie najbardziej wyszukane, wymyślne atrakcje czekają na tych, którzy mogą pozwolić sobie na odrobinę luksusu?

Wydaje mi się, że nie ma większego luksusu niż wynająć willę, zaprosić do niej jedynie wybranych gości, maksymalnie dwadzieścioro, i razem z nimi cieszyć się swoim tygodniem pod błękitnym niebem Toskanii. Ślub w skromnym kościółku czy urzędzie stanu cywilnego lub po prostu symboliczna ceremonia w ogrodzie i dzielenie tej chwili z najbliższymi.

Czyli istnieje możliwość zorganizowania ślubu w Toskanii również dla turystów z Polski?

Niektórzy Polacy już przyjeżdżają i, tak jak wspomniałam wcześniej, zabierają ze sobą tylko garstkę gości. Według mnie to właśnie można nazwać luksusem – intymna ceremonia z dokładnie zaplanowanym każdym najmniejszym szczegółem.

Więcej informacji znajdziecie tutaj: https://sayyesinitaly.wordpress.com/

www.via-italiana.com

PartnersPol Group – nieustannie w ruchu

0

Firma PartnersPol Group rozpoczęła działalność w 1997 roku. Początkowo skupiała się na obsłudze transportów międzynarodowych, głównie w kierunku włoskim. Wraz z szybkim tempem rozwoju, coraz szerszą grupą stałych Klientów zadowolonych z wysokiej jakości realizowanych zleceń oraz potrzebą poszerzenia zakresu usług, spółka uruchomiła nowe kierunki w Europie. Do wachlarza świadczonych usług doszła również dystrybucja krajowa, a następnie kompleksowe usługi logistyczne w magazynach. Obecnie PartnersPol Group dysponuje ponad 3000 środków transportu, takich jak chłodnie, plandeki, zestawy, furgony,
a dostawy – co potwierdzają wysokie wskaźniki jakości KPI – są realizowane zawsze na czas. Pozwala to zapewnić Klientom ciągłość produkcji i dostaw. Bogaty tabor daje możliwość realizowania niemal wszystkich potrzeb Klientów i przewozić różnorodne towary, od sprzętów AGD, po żywność, produkty przemysłowe, materiały budowlane, maszyny ponadgabarytowe oraz towary niebezpieczne ADR.

PartnersPol Group realizuje załadunki całopojazdowe, częściowe, drobnicowe, specjalne oraz dostawy ekspresowe, przede wszystkim w kierunkach: Włochy, Francja, Anglia, Turcja, Portugalia, Hiszpania, Grecja, Węgry, Czechy, Słowacja, Rosja i kraje bałkańskie. Blisko 60% zleceń rocznie to transporty w kierunku włoskim.

Przewozy odbywają się w oparciu o wyspecjalizowaną i doświadczoną grupę spedytorów, którzy dostępni są dla Klientów przez 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. Gwarancję rzetelności firmy, bezpieczeństwa powierzonych ładunków, terminowości dostaw oraz najwyższej jakości wykonania każdego zlecenia potwierdzają certyfikaty: ISO 9001:2008, ISO 14001:2004, HACCP, IFS LOGISTIC oraz świadectwo AEO.

Dzięki współpracy z innymi operatorami logistycznymi wyspecjalizowanymi w transporcie morskim i lotniczym, Partnerspol Group jest w stanie zagwarantować spedycję o światowym zasięgu.

Z roku na rok liczba zrealizowanych zleceń transportowych rośnie. W ostatnim roku PartnersPol Group zrealizowała ponad 12 tys. transportów międzynarodowych. Dzięki współpracy między oddziałami grupy i szerokiej dystrybucji krajowej, liczba wszystkich przesyłek transportowych zamknęła się na koniec 2014 r. na poziomie ponad 45 tysięcy.

Na koniec roku 2015 firma zakłada ponad 25% wzrost liczby zleceń oraz planuje pozyskać nowych, kluczowych klientów. Jednym z głównych celów jest również intensyfikacja przewozów drobnicowych.

Strona www: www.partnerspol.pl
Facebook: www.facebook.com/Partnerspol-Group-216941611792863

Prestige: to co najlepsze z Włoch

0

Firma Prestige jest synonimem poszukiwania i zamiłowania do świata włoskiej żywności i napojów. „Dobrymi rzeczami zawsze należy się dzielić” to dewiza firmy, która stawia sobie za cel oferowanie w Polsce najlepszych oryginalnych produktów branży spożywczej opatrzonych autentycznym znakiem „made in Italy”. Za pośrednictwem sieci handlowej Prestige zaopatruje HO.RE.CA. Firma działa również na potrzeby klientów indywidualnych poprzez sieć delikatesów firmowych prowadzonych w Bielsku-Białej i w Warszawie (uroczyste otwarcie 28 maja, więcej szczegółów na stronie internetowej firmy Prestige). Niebawem zostaną również otwarte delikatesy w Krakowie i we Wrocławiu.

[cml_media_alt id='112676']Articolo_GI_02[/cml_media_alt]

Największym atutem firmy jest oferowanie świeżych produktów (nie tylko wędlin i serów, ale również mięs, ryb, owoców i warzyw). W ofercie Prestige znajdują się także inne, starannie wybrane, (również niszowe) o wysokiej jakości towary, takie jak oliwa z oliwek, octy balsamiczne, czy pieczołowicie wybrane przez sommeleiera wina np. Bolgheri lub Bellavista. Większość z nich jest trudno dostępna w Polsce. Oferta zawiera także bogatą gamę wyselekcjonowanych, dojrzewających serów regionalnych, które świadczą o bogatej tradycji mleczarskiej północnych i południowych Włoch. Można tu także znaleźć cenione na całym świecie włoskie wędliny, których najznamienitszymi przedstawicielami są culatello, prosciutto crudo (dojrzewające 24 miesiące) oraz breasola. W ofercie znajdują się również morskie rarytasy, takie jak jeżowce, granseola (gotowane kraby kolczaste podlane tylko oliwą i sokiem z cytryny), małże, bottarga (zasuszone tradycyjnymi metodami jajeczka rybich gonad).

Każdego dnia, dzięki Prestige, istnieje możliwość zaoferowania konsumentom wspaniałego menu, lub samodzielnego przygotowania go przez nich we własnym domu, z tych lub wielu innych oferowanych przez firmę produktów kuchni włoskiej. Kuchni, która wciąż jest tak uwielbiana i ceniona przez konsumentów na całym świecie.

Prestige: from Italy, every day.

www.prestigeimportexport.pl

[cml_media_alt id='112675']Articolo_GI_03[/cml_media_alt]

Poradnik przetrwania w stosunkach polsko-włoskich

0

tłum. Natalia Dąbrowska
rysunek: Luca Laca Montagliani

„Podać jeszcze kawałek ciasta?” pyta piękna i słodka gospodyni pewnego zimnego wieczora w Warszawie. „Dziekuję!” odpowiadam rozpromieniony. A ona, chłodno odwracając wzrok w przeciwnym kierunku, odchodzi, oferując słodycze innej osobie. W małym przewodniku przetrwania dla Włocha przebywającego w Polsce trzeba umieścić także tę sytuację. A więc, jeśli ktoś coś wam coś proponuje, włoska odpowiedź „dziękuję”, która w Bel Paese jest równoznaczna z chęcią otrzymania tego, co jest nam oferowane, w Polsce oznacza „nie, dziękuję, nie chcę”. Wyobraźcie więc sobie wyraz rozczarowania, który pojawił się na mojej twarzy, gdy wciąż jeszcze stawiając pierwsze kroki w zrozumieniu polskich zwyczajów, na apetyczną propozycję drugiego kawałka szarlotki pełen entuzjazmu odpowiedziałem „dziękuję!”, aby zobaczyć, jak koło nosa przechodzi mi ostatni kawałek ciasta i kończy na talerzu osoby siedzącej tuż obok mnie! Spójrzmy prawdzie w oczy, sprzeczności między włoskimi oraz polskimi tradycjami i zwyczajami, to przyczyna powstawania sytuacji graniczących z absurdem. Dla Włocha zrozumienie polskiego sposobu bycia jest jak zajęcia z psychologii społecznej, bez wątpienia to także codzienna możliwość ćwiczenia samokontroli. Spójrzmy na przykład Włocha, który wchodzi do baru, mając jasny cel: złożyć zamówienie i otrzymać to, co zamówił, w możliwie najkrótszym czasie. Przyjmuje więc następującą strategię: 1) błyskawicznie, w najkrótszej linii prostej, przebyć odległość pomiędzy drzwiami i kasą; 2) przy pomocy szerokiej gamy zwrotów i gestów, w które obfituje włoskie DNA, zwrócić na siebie uwagę kasjerki i zamówić przed tymi, którzy stoją z boku lub przed nim. Jest to oczywiście podejście „powolne”, to znaczy takie, do którego jesteśmy zmuszeni, gdy wchodzimy do baru, gdzie nas nie znają. Jeśli natomiast nas znają, wtedy stosujemy „szybkie” podejście bezpośrednie, zakładamy – jest to działanie absolutnie dopuszczalne we Włoszech, ale raczej lekkomyślne w Polsce – że już od samego wejścia, po skrzyżowaniu spojrzeń z kasjerką lub kelnerką, wystarczy jedna nasza przekonująca mina, aby stało się jasne, czego nam potrzeba. Ja również, niewątpliwie przesiąknięty takimi włoskimi zwyczajami, potrzebowałem trochę czasu, aby zrozumieć przyczynę zdumienia polskiej kasjerki, kiedy stawałem tuż przed nią i prosiłem pośpiesznie i z kilkoma złotymi w dłoni, o kawę. Dopiero za czwartym czy piątym razem zdałem sobie niestety sprawę z tego, że obok, zdawało mi się jedynej osoby, która stała przy kasie przede mną, wzdłuż lady, stoi uporządkowany szereg klientów ze stoickim spokojem oczekujących na swoją kolej. Klientów, którzy patrzyli na mnie z tym samym zdziwieniem, co kasjerka. Przyznaję, niecierpliwość jest niewątpliwie naszą cechą charakterystyczną, ale to samo można powiedzieć o niskim poziomie empatii wśród polskich kelnerów. Przez kilka miesięcy zdarzało mi się chodzić do tego samego baru w centrum Warszawy, o tej samej godzinie, zamawiałem te same rzeczy (kawę i croissanta), zawsze u tych samych dwóch kelnerek, które pracowały na zmianę. Efekt: od pierwszego do ostatniego dnia patrzyły na mnie, jak gdybym za każdym razem był tam po raz pierwszy, nie pomogło nawet powtarzanie mojego zamówienia, byłem i pozostałem całkowicie nieznajomy. Jednak często zastanawiam się, czy w rzeczywistości te nieporozumienia są naprawdę niezamierzone. Nierzadko mam wrażenie, że za zasadami komunikacji werbalnej i polskich zachowań kryje się subtelna ironia. W międzyczasie, kiedy analizowałem ten temat, moja córka Matilde postanowiła dać mi lekcje norweskiego humoru. Choć Matilde zupełnie nie zna języka polskiego, po powrocie do Wenecji z tygodniowego pobytu w Warszawie, perfekcyjnie posługiwała się czterema nauczonymi słowami. „Matilde, przygotowałaś się na odpytywanie z historii?” pytam po ojcowsku. „No” – odpowiada wprost. „Jak to nie???” reaguję wściekły. “No, tak, tato!” odpowiada z błyskiem w oku.

Cztery dni w Kampanii

0

tekst i foto: Katarzyna Kurkowska

Od ponad pół roku przebywam na Erasmusie w Sienie, moim ukochanym średniowiecznym miasteczku w Toskanii. Poza szlifowaniem języka mówionego, życiem studenckim i nauką na Università per Stranieri pobyt we Włoszech oznacza też dla mnie podróżowanie. W zeszłym semestrze udało mi się odwiedzić najważniejsze miasta na północy Włoch, ten semestr poświęcam na poznanie południa Półwyspu Apenińskiego. Na pierwszy ogień miały iść Kampania i Apulia. W większych wypadach towarzyszy mi niekiedy moja przyjaciółka, która dojeżdża z Polski. I tym razem miałyśmy jechać we dwie. Noclegi na CouchSurfingu były już dogadane, przejazd Bla Bla Carem na miejsce naszego spotkania również (dalej planowałyśmy podróżować autostopem). Jednak w ostatniej chwili, ni stąd ni zowąd, plany się zmieniły i stanęłam przed wyborem: jechać samiutka na dzikie południe i ryzykować czy zostać w domu, ale przynajmniej nie zginąć? Wybrałam to pierwsze, ograniczając jedynie zasięg mojego tripu do samej Kampanii.

Nie udało mi się znaleźć bezpośredniego przejazdu ze Sieny do Neapolu; kierowca, z którym jechałam, wysadził mnie w Casercie. Plan był taki, aby od razu z Caserty czym prędzej wsiadać w pociąg i jechać do Neapolu. Jednak na miejscu okazało się, że największa miejscowa atrakcja turystyczna, Reggia di Caserta, znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie dworca kolejowego! Będąc tak blisko i mając kilka godzin zapasu, postanowiłam zwiedzić XVIII-wieczny pałac Burbonów. Od razu przyszło mi na myśl skojarzenie z pałacem Hohenzollernów Sanssouci w Poczdamie, który bardzo mi się kiedyś spodobał. Po wejściu do parku poczułam radosną chęć napawania się każdą chwilą w tym cudownym miejscu. Czekał mnie dłuuugi spacer wzdłuż szeregu wspaniałych fontann, które prowadzą do skarpy ze strumieniem. Wspinaczka na sam szczyt wzgórza okazała się dodatkową atrakcją, a widok rozciągający się zeń wynagrodził mi trudy podróży w niezwykłym jak na marzec upale. Tak się zasiedziałam w parku, że na sam pałac pozostało mi niewiele czasu, jednak opuściłam cały kompleks z poczuciem turystycznej satysfakcji. Kolejnym etapem mojej przygody był przejazd pociągiem do Neapolu, gdzie w poszukiwaniu działającego gniazdka znalazłam się w przedziale z kilkoma typami spod ciemnej gwiazdy i przez moment żałowałam decyzji o samotnym wyjeździe… Ale dalej było już tylko lepiej!

Od momentu, kiedy mój pierwszy host, Andrea, odebrał mnie ze stacji, wszystko poszło jak z płatka. Bardzo szybko dane mi było zobaczyć i zasmakować tego, na co najbardziej czekałam, jadąc do Neapolu. Stacja metra Toledo okazała się jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach, jest naprawdę niesamowita! [cml_media_alt id='113397']Kurkowska - Campania (12)[/cml_media_alt]Potem okazało się, że Andrea i jego współlokator Filippo mieszkają w samym centrum i mają z tarasu widok na Wezuwiusza. Z kolei na kolację zaprowadzili mnie do najlepszej według nich pizzerii w Neapolu, Pellone. Dla mnie tamtejsza pizza okazała się zbyt ciężka, ale nie dziwię się ich męskiemu wyborowi. Postanowiłam jednak przeprowadzić miniśledztwo w tej sprawie i stworzyć własny ranking!

Drugiego dnia rzuciłam jeszcze pożegnalne spojrzenie na Wezuwiusza i przeniosłam się do drugiego hosta, Paolo, u którego zostałam już do końca pobytu w Neapolu. Po drodze wstąpiłam do Galerii Umberto I i przez chwilę poczułam się jak w Mediolanie! W nowym domu na przystawkę przed obiadem podano mi prawdziwą miejscową mozzarellę, która uświadomiła mi, dlaczego ta pakowana ze sklepu mi aż tak nie smakuje. Następnie wybraliśmy się na spacer po centro storico, gdzie zobaczyliśmy starą dzielnicę Forcella, Duomo i via dei Presepi (ulicę szopek bożonarodzeniowych). Paolo podarował mi wtedy czerwoną papryczkę na szczęście, tzw. cornetto – działa tylko, jeśli dostaniemy ją w prezencie! Wstąpiliśmy do jednego z warsztatów podpatrzeć pracę rzemieślników przy szopkach; jeden z nich zaczepił nas i zaczął coś opowiadać. Ja niemal od razu się wyłączyłam, gdyż z dialektu neapolitańskiego nie rozumiem prawie nic. Gdy opowieść dobiegła końca, Paolo popatrzył na mnie z miną mówiącą, że też niewiele z tej rozmowy wyciągnął… Postanowiliśmy udać się do Certosa di San Martino, czyli klasztoru, z którego ponoć rozciąga się piękna panorama Neapolu. Po drodze zjedliśmy jeszcze sfogliatelle i babà, czyli miejscowe słodkości. Po dotarciu do certosy okazało się, że cały widok zakrywa niestety foschia, czyli rodzaj mniej skondensowanej mgły, lokalna specjalność. Do domu postanowiliśmy wrócić przez Pedamentina, czyli XIV-wieczne schody prowadzące od klasztoru aż do Spaccanapoli – ulicy dzielącej miasto na pół. Na kolację zjadłam bodajże najlepszą pizzę swojego życia w Sorbillo na via dei Tribunali. Gorąco polecam!

Trzeci dzień wyjazdu upłynął pod znakiem Sorrento i epikurejskich przyjemności. Około południa wsiedliśmy z Paolo w pociąg linii Circumvesuviana (dosł. naokoło Wezuwiusza) i po niecałej godzinie byliśmy na miejscu. Poza pięknymi nadmorskimi widokami i typowymi kopułami o żółto-zielonej dachówce, Sorrento zaoferowało nam też wszędobylskie drzewa cytrynowe, wprowadzające w wakacyjny i dość beztroski klimat. Nie sposób nie wspomnieć o przepysznej delizii di limone, której spróbowałam w wersji tiramisù. Niebo w gębie! Na obiad uraczyliśmy się miejscowymi gnocchi alla sorrentina, z dodatkiem rozpuszczającej się mozzarelli. Na zakończenie tego przyjemnego dnia obejrzeliśmy jeszcze zachód słońca, obserwując statki powracające z Capri…

Ostatni, czwarty dzień rozpoczęliśmy od spaceru po lungomare, czyli wzdłuż morza. Dotarliśmy do portu, a stamtąd blisko już było do zamku Castel dell’Ovo, na który oczywiście weszliśmy, aby mieć lepszy widok na okolicę i ludzi wylegujących się na kamiennym wybrzeżu niczym foki. Kilku śmiałków zdecydowało się nawet na kąpiel! Pogoda była piękna, więc czemu nie? Po obiedzie spotkałam się jeszcze raz z Andreą i Filippo, którzy zabrali mnie do Pozzuoli na wulkan Solfatara. Gdy zbliżyliśmy się do bulgoczących siarkowych bagien, przez chwilę naprawdę pożałowałam naszego pomysłu i miałam ochotę uciekać – w całej okolicy unosił się duszący odór jajek na twardo! Andrea twierdził, że wdychanie siarkowych oparów dobrze wpływa na płuca i wręcz nurkował w kłębach gorącej pary, wprawiając mnie tym w obrzydzenie i osłupienie zarazem. Po chwili jednak i ja przyzwyczaiłam się do nietypowego „zapachu” i dalszą część pobytu na terenie rezerwatu wspominam już milej. Odwiedzający mogą mieć wrażenie bycia na Księżycu, a to przez biel gleby i obecność wielu buchających parą kraterów – nietypowe doświadczenie! Tamtego dnia zachód słońca obejrzeliśmy nad jeziorem Lago d’Averno, po czym wróciliśmy do Neapolu, gdzie zjadłam ostatnią już pizzę w słynnym lokalu da Michele. Bardzo dobra, ale jak dla mnie nie wygrywa z Sorbillo!

Kiedy następnego dnia w drodze powrotnej oglądałam zdjęcia z wyjazdu, zrobiło mi się strasznie przykro, że to już koniec. Byłam wdzięczna losowi, że trafiłam na tak wspaniałych hostów, ale czułam, że będę za nimi tęsknić, co paradoksalnie było minusem. Samotny wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę, bo dzięki CouchSurfingowi wcale nie byłam sama, za to mogłam lepiej poznać lokalną kulturę i ludzi. Zostało mi jeszcze wiele do zobaczenia w tamtych stronach, być może następnym razem dołączy do mnie przyjaciółka. Ale tym razem, mimo podróży na własną rękę, wbrew porzekadłu: zobaczyłam Neapol i nie umarłam! 😉

Marek Bracha: ,,Występowanie jest uzależniające!”

0
foto: Bruno Fidrych

Marek Bracha to zawodowy pianista promujący polską muzykę za granicą. Jest absolwentem dwóch renomowanych uczelni – Uniwersytetu Muzycznego F. Chopina w Warszawie oraz Royal College of Music w Londynie, a także laureatem wielu nagród i wyróżnień na krajowych i zagranicznych konkursach pianistycznych.

Podczas naszej rozmowy Marek opowiedział mi o różnych obliczach pracy zawodowego muzyka, podróżach i miłości do lokalnej kuchni.

Dlaczego wybrałeś pianino?

Mając pięć-sześć lat zacząłem uczęszczać na zajęcia umuzykalniające. Potem u nas w domu pojawił się pierwszy instrument – stare, przedwojenne, wielkie pianino. Był to instrument z duszą, miał swój charakterystyczny dźwięk. Myślę, że to ono wpłynęło na mój wybór.

Jak długo może trwać kariera pianisty?

Kiedy wychodzimy na scenę i traktujemy grę jako zawód, to można to robić do momentu, kiedy starcza nam sił i mamy potrzebę występowania dla ludzi. Oczywiście – jak w każdym innym zawodzie – istnieje tu coś takiego jak syndrom wypalenia się, ale sądzę, że u pianistów pojawia się rzadko. Występowanie jest jak narkotyk, naprawdę uzależnia!

W jakim repertuarze czujesz się najlepiej i dlaczego?

Bardzo dobrze czuję się w stylistyce romantycznej – mam tu na myśli takich kompozytorów jak Schumann, Brahms czy Schubert. Gram także na instrumentach historycznych i interesuję się praktykami wykonawczymi XVIII i XIX wieku. Oprócz tego, sięgam po repertuar współczesny oraz dokonuję prawykonań. Właściwie im jestem starszy, tym czuję większą potrzebę poszerzania repertuaru pod względem wykonawczym.

Czy jako profesjonaliście zdarza ci się jeszcze mylić?

Oczywiście, jestem człowiekiem i zdarza mi się pomylić. To właśnie czynnik ludzki jest w tym zawodzie priorytetowy – przecież gramy dla ludzi!

Czy można powiedzieć, że podróże są nieodłącznym elementem życia muzyka?

Podróże zdecydowanie wpisują się w zawód pianisty. Nie ma takiej możliwości, żebym mieszkał w jednym mieście, grał tylko w nim i z tego się utrzymywał. Oczywiście podróże bywają ciężkie – odbijają się często na koncentracji czy kondycji fizycznej. Jednak taki styl życia jest szalenie ekscytujący i nie da się z niego zrezygnować, czy powiedzieć ,,to nie dla mnie’’.

Wiem, że kilka razy koncertowałeś we Włoszech i chętnie tam wracasz. Dlaczego?

Bardzo lubię grać we Włoszech, przede wszystkim ze względu na wdzięczną publiczność, świetne fortepiany i malowniczą scenerię koncertową. Kilka razy występowałem np. w Rzymie, jednak najmilej wspominam koncert noworoczny w San Cassiano. We Włoszech uwielbiam także lokalną kuchnię i wina. Czasami zdarza mi się tam pojechać tylko po to, by odwiedzić moje ulubione winnice.

W czerwcu 2013 roku Narodowy Instytut Fryderyka Chopina wydał Twoją debiutancką płytę solową. To było Twoje pierwsze profesjonalne nagranie?

Miałem już za sobą kilka nagrań roboczych w trakcie studiów, ale tak, to było moje pierwsze profesjonalne nagranie. Płyta powstała dzięki stypendium ,,Młoda Polska”, które przyznało mi Narodowe Centrum Kultury. Miałem także ogromne szczęście, że projektem zainteresował się Narodowy Instytut Fryderyka Chopina i że dyrektor Stanisław Leszczyński wyraził chęć wydania tej płyty pod szyldem Instytutu. Spotkało mnie ogromne wyróżnienie, a współpraca z profesjonalnym zespołem nagraniowym była dla mnie zaszczytem.

Na płycie znalazły się różne utwory Fryderyka Chopina. Czym kierowałeś się przy ich wyborze?

Nie chciałem nagrywać recitalu chopinowskiego, bo uważam, że takie płyty są często zbyt eklektyczne i zazwyczaj złożone tylko z „hitów”, które zna publiczność. Na mojej płycie pojawiają się różne formy muzyczne, których wspólnym mianownikiem jest taniec – oprócz polonezów i mazurków można znaleźć tam także walce, tańce szkockie oraz balladę w metrum tanecznym. Wyboru tych utworów dokonałem sam – zadbałem o to, by repertuar był jak najbardziej spójny i czytelny.

Gdzie usłyszymy Cię w maju?

Serdecznie zapraszam wszystkich 17 maja do Żelazowej Woli, gdzie o godzinie 15:00 wykonam recital chopinowski.

Oficjalna strona internetowa Marka Brachy: http://www.marekbracha.pl/.

Aneta Zielińska

0

tłum. Joanna Chmielewska

Polska projektantka coraz bardziej rozpoznawalna w Polsce i we Włoszech

Absolwentka krakowskiej Szkoły Projektowania Ubioru i rzymskiej Akademii Koefia, Aneta Zielińska, nie jest jeszcze znaną na polskim rynku projektantką, a już zdążyła wyrożnić się za granicą, biorąc udział w Alta Roma Kolekcja Jesień/Zima (czerwiec 2014) oraz w prestiżowym konkursie czasopisma Grazia” Next Glam Award w Mediolanie (luty 2015) z jury, w skład którego wchodzili: Carla Vanni, dyrektorka Grazia International Network; Giorgio Armani; Jane Reeve, dyrektor naczelny Camera Nazionale della Moda Italiana oraz projektantka Stella Jean i Mario Dell’Oglio, prezydent Camera dei Buyer. Projekty Zielińskiej, zawsze dopracowane i świetnie odszyte, charakteryzują ciekawe zestawienia kolorόw i form. Projektantka co roku z utęsknieniem czeka na jesień (to jej ulubiona pora roku), często wraca do stolicy Włoch, a w pracy inspiruje ją samo życie, uczucia, to, co widzi i słyszy oraz materiały, które same podpowiadają jej, co ma z nich powstać. Spotkana przeze mnie już w zeszłym roku podczas rzymskiego letniego tygodnia mody projektantka Aneta Zielińska – muszę przyznać – nic się nie zmieniła. Jest tą samą skromną, uśmiechniętą, miłą i zdecydowaną osobą; wie, czego chce, i do tego niezłomnie dąży. Jedno jest pewne: już wkrόtce będzie o niej głośno, nie tylko w Polsce i we Włoszech.

Jak długo zajm[cml_media_alt id='113483']Longawa - Aneta Zielińska (3)[/cml_media_alt]ujesz się projektowaniem i kto po raz pierwszy zauważył twój talent?

Myślę, że talent do projektowana na początku odkryłam sama. Czułam, że mogę być w tym dobra, dlatego postanowiłam podjąć naukę w Szkole Projektowania Ubioru w Krakowie. W 2010 roku powstała moja pierwsza dyplomowa kolekcja pt. echo”, która została uznana za najlepszą kolekcję roku podczas Cracow Fashion Awards 2010. Następnie była ona prezentowana i nagradzana na innych konkursach i pokazach w Polsce i za granicą. A później przyszedł czas na kolejne kolekcje…

Ile do tej pory masz ich na swoim koncie i jakbyś opisała tę ostatnią?

Kolekcji jest siedem. Jednak należy tutaj wyjaśnić, że nie są to duże kolekcje, nazwałabym je raczej seriami liczącymi trzy, cztery, czasami pięć sylwetek. Najnowsze projekty są jak zawsze dopracowane i świetnie odszyte. Są połączeniem pięknych kolorów, które są dla mnie odkryciem. Ubrania te są pełne kontrastów, a praca nad nimi była dla mnie czasem owocnym, ale również pełnym zwątpień. Projekty dojrzewały wraz z moimi myślami.

Co na pewno będzie się zmieniało w twoich kolekcjach, a co będzie ich stałym charakterystycznym elementem?

Czas pokaże, co będzie się zmieniało. Na kształt kolekcji ma wpływ bardzo dużo czynników. Na pewno niezmiennym elementem zaprojektowanych przeze mnie ubrań będą wysokiej jakości materiały, dopracowanie detali, znakomite odszycie.

Na jakich tkaninach pracujesz?

Zawsze używam pięknych, wysokogatunkowych materiałów, przede wszystkim naturalnych: jedwabie, wełna, kaszmir, bawełna. Uwielbiam misterne wyszycia, zawsze sama wyszywam. Współpracuję z krawcowymi, czasami z konstruktorem, grafikiem, z fotografami i modelkami.

Jaki był twój pobyt w Rzymie?

Często bywam w Rzymie. Jakiś czas temu uczyłam się tutaj w Akademii KOEFIA. Dla mnie nagroda w postaci zaproszenia do zaprezentowania mojej kolekcji podczas Alta Moda Roma była dużym wyróżnieniem.

Twoje najbliższe cele?

Czekam na jesień, uwielbiam być w Polsce o tej porze roku. Chcę poświęcić dużo czasu na doskonalenie rysunku. Często pytano mnie o moje inspiracje w kontekście projektowania. Inspiruje mnie moje życie, moje uczucia, to, co widzę i słyszę. Inspirują mnie materiały, które same podpowiadają, co ma z nich powstać.

Mediolański konkurs Grazia Next Glam Award 2015 na najlepszy projekt projektantόw [cml_media_alt id='113484']Longawa - Aneta Zielińska (6)[/cml_media_alt]under 35 z całego świata wygrała Jihye Park z Korei? Wzięło w nim udział 22 stylistów. Co przedstawiał twόj projekt? Jak mogłabyś go nam opisać?

Mój projekt to płaszcz z kaszmiru i wełny w pięknym pastelowym miętowym kolorze i jedwabno-błękitno-gołębi a sukienka na cieniutkich ramiączkach. Płaszcz swoim fasonem przypomina szlafrok, natomiast sukienka jest bardzo bieliźniana. Projekt jest subtelny i prosty w formie.

Jak to się stało, iż Grazia Polska wybrała twόj rysunek?

Udział w konkursie zaproponował mi we wrześniu zeszłego roku ówczesny redaktor polskiej Grazii” Michał Zaczyński. Michał jest jurorem konkursów dla młodych projektantów, a ja często się na takie zgłaszam. Zapamiętał mnie sobie i pewnie spodobały mu się moje projekty. Konkurs był kilkuetapowy. Najpierw wysłałam swoje portfolio i CV, przeszłam wstępne eliminacje i później miałam wykonać dwa projekty rysunkowe na temat kobieta Grazii” SS’15. Następnie wybrany projekt musiałam zrealizować.

Jakie są twoje wrażenia z Mediolanu?

Impreza, która odbyła się w Mediolanie, była zorganizowana z wielkim rozmachem. Pojawiły się na niej osobistości ze świata mody, między innymi Alberta Feretti czy Brunello Cucinelli. Prezentacje projektów robiły ogromne wrażenie! Pokaz w Rzymie był imprezą bardziej kameralną i odbywał się w zupełnie innej scenerii. Mediolan zrobił na mnie duże wrażenie, to niezwykle inspirujące miasto. Jestem zachwycona Katedrą i galerią Vittorio Emanuele.

Co sądzisz o obecnej sytuacji polskiej mody?

Myślę, że w Polsce jest biednie i dlatego nie ma przebicia. Młodym projektantom brakuje wsparcia finansowego i menadżerskiego, żeby jakoś ruszyć z miejsca.

 

Droga do Memfis i Teb prowadzi przez Turyn

0

tłum. Karolina Romanow

„Droga do Memfis i Teb prowadzi przez Turyn.” Były to słowa wypowiedziane przez Jeana-François’a Champolliona – najsławniejszego badacza, który rozszyfrował egipskie hieroglify, a który przybył do Turynu w 1824 roku w celu badań nad zbiorami dopiero co otwartego Muzeum Egipskiego.

W kwietniu 2015 roku Muzeum Egipskie w Turynie zabłyśnie na arenie światowej dzięki inauguracji swoich nowych przestrzeni wystawienniczych o powierzchni powiększonej z 6500 do ponad 12000 metrów kwadratowych. Muzeum to – oprócz tego, że jest jednym z najczęściej odwiedzanych we Włoszech – jest także jedynym na świecie, obok muzeum w Kairze, w całości poświęconym sztuce i kulturze egipskiej, chlubiąc się drugą, poza samym Egiptem, największą, najwa[cml_media_alt id='113431']Bruno Franco - Museo Egizio (1)[/cml_media_alt]żniejszą i najbogatszą kolekcją eksponatów starożytnego Egiptu.

Stanowi to powód do dumy zarówno dla samego muzeum, jak i dla miasta, a także wyjaśnia, dlaczego od momentu założenia w 1824 roku obiekt ten przyciągał nie tylko turystów i pasjonatów, ale także największych uczonych światowej sławy.

Imponujący plan przebudowy, któremu zostało poddane muzeum z historyczną siedzibą przy via Accademica delle Scienze, ma na celu optymalizację, odrestaurowanie, poszerzenie i zabezpieczenie jego struktury oraz bogatych zbiorów.

Zwiedzający mogą cieszyć się nową odsłoną obiektu, stworzoną, aby dodatkowo pozwolić im docenić nadzwyczajność prezentowanego w nim dziedzictwa kulturowego. Zmieniła się także rola podziemi: stały się one obszarem przeznaczonym do przyjmowania zwiedzających (kasy biletowe, sklep muzealny, garderoba, aule dydaktyczne itp.). Jednakże główna trasa zwiedzania rozpoczyna się na drugim piętrze (które jeszcze parę miesięcy temu gościło Galerię Sabaudzką) i poprzez ciąg ruchomych schodów znajdujących się na szlaku „wzdłuż Nilu”, stworzony przez Dantego Ferretti, kończy się na parterze, tworząc zachwycający spacer przez trzy piętra fascynujących tajemnic starożytnego Egiptu. Wartą zobaczenia jest nowa „Galeria Sarkofagów”, wyposażona w gabloty zawierające sarkofagi pochodzące z Trzeciego Okresu Przejściowego, których odnowa była możliwa dzięki Scarabei, Stowarzyszeniu Wspierającemu Muzeum Egipskie w Turynie.

Muzeum i Turyn

Mimo iż nie posiada „włoskiego charakteru”, Muzeum Egipskie stanowi jedną z największych atrakcji kulturowych Turynu, uwielbianą zarówno przez mieszkańców miasta, jak i turystów, uczonych oraz pasjonatów. Ale Muzeum Egipskie nie jest tylko częścią kulturalną i turystyczną miasta, ale stanowi również część lokalnej historii, jest znakiem rozpoznawczym jego tożsamości. Wiele turyńskich pokoleń dojrzewało, odwiedzając sale i odkrywając wspaniałe kolekcje muzeum, mając świadomość posiadania „skarbu” – najstarszego muzeum egipskiego na świecie. Odnowienie tras muzeum nie wiąże się tylko z ochroną i jak najlepszą konserwacją dziedzictwa kulturowego wyjątkowej jakości oraz utrzymaniem wysokiego poziomu atrakcyjności turystycznej, ale stanowi także nowe spojrzenie na społeczność, którą przedstawia.

Podczas prac restrukturyzacyjnych nie było ani jednego dnia, kiedy muzeum byłoby zamknięte z powodu trwających prac. Zaangażowanie Fundacji na rzecz „ciągle otwartego” muzeum, aby nie zaniedbywać zwiedzających, pozwoliło zarejestrować rekord odwiedzin, z wynikiem powyżej pół miliona zwiedzających (w 2013 roku frekwencja wyniosła 540 tysięcy, co stanowi wzrost o 24,8% w stosunku do roku poprzedniego), dzięki czemu muzeum klasyfikuje się na dziewiątym miejscu we Włoszech i wśród pierwszych stu na świecie.

Unikalne kolekcje

Muzeum Egipskie składa się z grup eksponatów pokrywających się w czasie, do których dodane zostaną znaleziska z wykopalisk prowadzonych w Egipcie przez Włoską Misję Archeologiczną w latach 1900-35. Normy obowiązujące w tamtym czasie przewidywały, iż przedmioty znalezione podczas wykopalisk miały być podzielone między Egipt i misje archeologiczne. Zgodnie z obecnie obowiązującymi uregulowaniami, znaleziska archeologiczne mają pozostać w Egipcie. W Muzeum Starożytnego Egiptu wystawionych jest obecnie około 6500 eksponatów. Ponad 26000 znalezisk zostało przeniesionych do magazynów, niektóre z przyczyn konserwacyjnych, inne (takie jak: ceramika, rzeźby fragmentaryczne, kosze czy papirusy), ponieważ stanowią przedmiot badań naukowych, których wyniki są regularnie publikowane.[cml_media_alt id='113432']Bruno Franco - Museo Egizio (3)[/cml_media_alt]

Faraon, który mieszka w XVII-wiecznej kamienicy

Siedzibą Muzeum Egipskiego w Turynie od zawsze był Pałac Akademii Nauk: budynek zaprojektowany w 1678 roku jako seminarium jezuitów dla młodych osób z arystokratycznych rodzin, stąd też jego historyczna nazwa Kolegium Szlacheckie.

Budowa o imponujących rozmiarach

1080 dni pracy, 110 pracowników, 6992 metrów sześciennych usuniętej ziemi, 2185 metrów sześciennych betonu, 254 027 kilogramów zbrojeń żelaznych, 160 000 metrów kabli elektrycznych, 1820 metrów kwadratowych szkła, 12 500 metrów kwadratowych farby murarskiej.

Muzeum Plus

Muzeum Egipskie w Turynie jest pierwszym muzeum we Włoszech korzystającym z „Muzeum Plus”, czyli z systemu cyfryzacji posiadanych eksponatów, wykorzystującego najbardziej zaawansowane oprogramowanie służące zarządzaniu tego typu danymi, w porozumieniu z najważniejszymi muzeami w Europie Środkowej. Wśród instytucji, korzystających z tychże usług, znajdują się: Luwr, Muzea Państwowe w Berlinie (w tym Muzeum Egipskie) oraz Deutsches Museum w Monako, a także liczne zbiory sztuki dawnej i współczesnej, muzea nauki, historii i technologii, fundacje oraz galerie prywatne.

„Szybki” Gołąbek Wielkanocny (tradycyjne włoskie ciasto)

0

tłum. Paulina Ostrowska

Składniki:

Masa drożdżowa:

30 g letniej wody

3 g drożdzy piwnych w proszku (lub 9 g świeżych drożdży)

50 g mąki Manitoba

Pierwsze ciasto:

200 g mąki Manitoba

50 g masła

100 g cukru granulowanego

1 średniej wielkości jajko

skórka z jednej pomarańczy

skórka z jednej cytryny

ziarna jednej laski wanilii

55 g ciepłego mleka

2 g soli

Drugie ciasto:

75 g masła

1 średniej wielkości jajko

50 g mąki Manitoba

40 g kandyzowanych skórek pomarańczy

40 g rodzynek

sok z jednej pomarańczy

12 g rumu

Lukier:

8 g skrobi z kukurydzy

40 g obranych całych migdałów

50 g białka

15 g drobnej mąki kukurydzianej

40 g obranych całych orzechów

50 g cukru trzcinowego

nieobrane całe migdały – cukier w kryształkach

Przygotowanie (dla gołąbka o wadze 750 g):

Rozpocznijcie od przygotowania masy drożdżowej: wsypcie do pojemnika mąkę i przesiane suche drożdże. Dolejcie letnią wodę i wymieszajcie całość aż do otrzymania gładkiej i jednorodnej masy, wyrabiając ją rękami bezpośrednio w pojemniku lub – jeżeli jesteście bardziej doświadczeni – to bezpośrednio na blacie roboczym.

Przykryjcie masę folią spożywczą i pozostawcie do wyrośnięcia w letnim miejscu (jak np. wyłączony piekarnik z włączonym światłem) przez godzinę lub do momentu, kiedy podwoi ona swoją objętość.

Możecie zacząć przygotowywać pierwsze ciasto: do miski robota kuchennego z mieszadłem wrzućcie przesianą mąkę, cukier, startą skórkę cytryny i pomarańczy, jajko i masę drożdżową, sól i ziarna wanilii, po czym uruchomcie maszynę, by zaczęła mieszać ze sobą składniki. Następnie zamieńcie łopatki na hak do wyrabiania, by wymieszać masę z letnim mlekiem, które trzeba dolewać do całości stopniowo. Na koniec dorzucajcie pokrojone na kawałeczki masło, odczekując przed wrzuceniem kolejnej kosteczki, aż poprzednia całkowicie się wchłonie. Mieszajcie dalej aż do chwili, kiedy całość zacznie się przyklejać do haka, a następnie przełóżcie ciasto do miski, zakryjcie folią spożywczą i pozostawcie do wyrośnięcia w letnim miejscu (jak np. wyłączony piekarnik z włączonym światłem) na półtorej godziny.

W międzyczasie wrzućcie rodzynki do soku pomarańczowego i potnijcie na kawałeczki kandyzowane skórki pomarańczy. Sięgnijcie po wyrośnięte ciasto i umieśćcie je w robocie kuchennym (z założonym hakiem), dodajcie mąkę, jajko i rum. Należy uruchomić urządzenie, aby zaczęło mieszać ze sobą składniki. Dorzucajcie pokrojone na kawałeczki masło, odczekując przed wrzuceniem kolejnej kosteczki, aż poprzednia całkowicie się wchłonie. Kiedy ciasto będzie gęste, wyłączcie robota. Macie teraz dwie możliwości: możecie przerzucić ciasto do miski, zakryć folią spożywczą i pozostawić na 12 godzin w lodówce do wyrośnięcia, a następnie wyciągnąć i pozostawić w temperaturze pokojowej. Albo, jeżeli nie macie tyle czasu, można od razu dorzucić kandyzowane owoce i nasiąknięte rodzynki i wymieszać robotem kuchennym (z użyciem haka), żeby zostały rozprowadzone w cieście. Następnie wyjmijcie ciasto z robota i podzielcie je na dwa kawałki: jeden o masie 250g i drugi 470g. Ten drugi ułóżcie w kształcie prostokąta i zwińcie go, rozpoczynając od krótszej strony. Ułóżcie ten rulonik w szerszej części formy do „gołąbka” na wagę 750g. Pozostałe ciasto powinno ważyć ok 250 g, podzielcie je na dwie równe części i ułóżcie w dwóch pustych bocznych częściach formy. Przygotujcie lukier dekoracyjny, mieląc w mikserze orzechy i migdały wraz z cukrem trzcinowym. Przenieście całość do robota kuchennego z trzepaczką i dodajcie skrobię kukurydzianą, mąkę kukurydzianą wraz z białkiem jajka. Uruchomcie trzepaczkę, żeby scalić składniki. Lukier powinien na koniec mieć konsystencję kremową, a nie płynną. Udekorujcie powierzchnię „gołąbka” lukrem, pomagając sobie łyżką. Pozostawcie do wyrośnięcia na półtorej godziny w wyłączonym piekarniku z włączonym światłem, aż do chwili, kiedy ciasto urośnie do brzegu formy. Zanim włożycie ciasto do pieczenia, udekorujcie je granulkami cukru, kawałkami migdałów i całymi migdałami. Całość należy piec w piekarniku rozgrzanym wcześniej do temperatury 160 stopni przez 50 minut (lub w piekarniku wentylowanym w temperaturze 140 stopni przez 40 minut), a następnie zakryć ponownie folią aluminiową i zostawić w piekarniku na 10 minut. Szybko wyjmijcie „gołąbka” z piekarnika i odwróćcie go spodem do góry, podtrzymując go dodatkowym wsparciem (możecie w tym celu użyć np. dwóch długich drutów, dwóch garnków lub dwóch rolek papieru kuchennego): dzięki temu wasze ciasto nie zapadnie się w środku.