Slide
Slide
Slide
banner Gazzetta Italia_1068x155
Bottegas_baner
baner_big
Studio_SE_1068x155 ver 2
Baner Gazetta Italia 1068x155_Baner 1068x155
ADALBERTS gazetta italia 1068x155
FA-1013-Raffaello_GazettaItalia_1068x155_v1

Strona główna Blog Strona 81

Szampan i wielkie wdowy

0

To naprawdę niezwykle interesujące, że światowy rynek szampana, który utrzymują trzy wielkie francuskie firmy, został stworzony przez kobiety. Trzy młode wdowy, które uwierzyły w swoje siły i zaryzykowały wszystko co posiadały, by stworzyć wiekopomne imperia, w czasie kiedy nie tylko rynek, ale również życie kobiet, były całkowicie w rękach mężczyzn.

Barbe Nicole Clicquot-Ponsardin (1777-1866)

Córka bogatego kupca z Reims Barbe-Nicole Ponsardin w wieku 22 lat poślubiła François Clicquot, syna Philippe Clicquot. Mąż zmarł w 1805 roku na gorączkę złośliwą pozostawiając zaledwie 27-letniej wdowie winnicę, która w tamtym czasie produkowała ok. 100.000 butelek rocznie. Inteligentna, posiadająca pieniądze i energię, la Veuve (wdowa) Clicquot była kobietą zdeterminowaną i odważną, aby zmierzyć się z wyzwaniem. Przejęła zarządzanie własnością rodziny i została jedną z pierwszych kobiet przedsiębiorców w czasach współczesnych. Wiele razy ryzykowała porażką i była dręczona przez bankierów, którzy nie dawali jej kredytu, przez zmiany systemu i kryzysy ekonomiczne.

Śledziła zmiany w swojej firmie zawsze osobiście, rekrutowała personel, nadzorowała transporty aż do miejsca załadunku, żeby negocjować z wojskami okupacyjnymi. Zawsze prawdziwa perfekcjonistka, w 1816 roku wynalazła table de remuage, pierwszy stół, który pochyla butelki sprawiając, że osad stopniowo spływa w stronę szyjki butelki, czyniąc szampan przejrzystym i znacznie szlachetniejszym. Jest to metoda szampańska, dzięki której wino pozostaje jasne i przejrzyste. Barbe-Nicole potrafiła ją utrzymać w sekrecie przez 15 lat w mieście, gdzie wszyscy się znali. Być może było to spowodowane tym, że dzieliła się zyskami z personelem. Sukces sprzedaży był natychmiastowy. Firma rozrosła się i zaczęła nabywać najlepsze winnice w regionie, aby zaspokoić rosnące zapotrzebowanie. W 1821 roku wzięła na staż młodego Edouard Werlé, któremu w 1841 roku pozostawiła kierownictwo w firmie, która sprzedawała pół miliona butelek rocznie (w momencie jej śmierci liczba ta wzrosła do ponad 760.000 butelek). W 1843 Barbe-Nicole wycofała się do neorenesansowego zamku Boursault i zmarła tam w wieku 89 lat.

Louise Pommery (1819-1890)

Louise Pommery, a dokładnie Jeanne Alexandrine Louise Melin, była córką ziemian z regionu Ardenów. W 1839 roku poślubiła Louisa Pommery’ego, właściciela domu szampana Pommery-Greno. Żona, zmarłego przedwcześnie w 1858 roku Louisa, zostaje wdową w wieku 39 lat. Inteligentna i energiczna kobieta, jaką była Louise Pommery, bada dokładnie komercyjny sukces wielkiej marki veuve Clicquota i deklaruje publicznie: „Ja, pani Pommery… Postanawiam, w zastępstwie mojego zmarłego męża, kontynuować prowadzenie firmy!

Pod przewodnictwem pani Pommery działalność znacznie wzrosła. Ujawnia się prawdziwy geniusz w prowadzeniu biznesu: Louise zmienia smak szampana, wyczuwając, że przyszłość przyniesie uznanie nie dla słodkich win o łagodnym posmaku, jakże wówczas popularnych, ale dla cierpkich, wytrawnych trunków, idealnych do posiłków. Sukces na nią czekał: aby otrzymać najlepsze wina, zarządziła wykopanie 18 kilometrów tuneli w starożytnych kopalniach gipsowych, aby trunki mogły dojrzewać w odpowiednich warunkach. Rodzina Pommery zachowała prawo własności do domu szampana do 1979 roku, kiedy to firma została przejęta przez luksusowego giganta. 

Lily Bollinger (1899-1977)

Firma Bollinger została założona w 1829 roku, w samym sercu Szampanii, przez Niemca, Jacquesa Josepha Bollingera. W 1923 roku wnuk założyciela Jacquesa Josepha, Jacques Bollinger, który prowadził firmę, poślubił Elizabeth Law de Lauriston Boubers, zwaną Lily. Po śmierci Jacquesa w 1941 r., bezdzietna wdowa stanęła na czele rodzinnej firmy aż do swojej śmierci.  Lily Bollinger została zapamiętana jako kobieta energiczna, oryginalna, miła; przemierzała pola winnic rowerem, a gdy pewien dziennikarz zapytał ją czy kocha szampana, którego produkuje, odparła: „…piję, gdy jestem szczęśliwa i kiedy jestem smutna… Niekiedy piję też w samotności, a w towarzystwie uważam to za czynność obowiązkową. W innych okolicznościach nie sięgam po szampana, chyba że jestem spragniona…”. Nawet w trudnych latach drugiej wojny światowej Lily niestrudzenie kontynuuje promocję i rozwój swojej firmy. Robotników do pracy niełatwo znaleźć – mężczyźni albo są wojskowymi albo więźniami. Lily zatem zajmuje się wszystkim, od winnic po pracę w piwnicach i wysyłkę, nie tracąc nigdy wielkiego optymizmu. Wierna tradycyjnym metodom, nawet jeśli wydają się przestarzałe, mawia: „… jakość moich win jest tego dowodem„.

Kobiety – istne personae non gratae w piwnicach i kopalniach (sama ich obecność miała zamieniać wino w ocet) – po raz kolejny odnalazły dla siebie zasłużoną rolę i miejsce w męskim wszechświecie, udowadniając, że miłość i kultura wina nie są wyłącznym przywilejem dla jednej tylko płci. Étoiles de Champagne, wdowy Clicquot, Pommery i Bollinger udoskonaliły i podniosły prestiż szampana. Odwróciły własne przeznaczenie, inspirując inne wdowy (Apolline Henriot, Augusta Devaux, Mathilde Perrier, Camille Olry-Roederer) i zachęcając kobiety (producentki win, specjalistki w zakresie agronomii, plantatorki winorośli, właścicielki winiarni, dyrektorki artystyczne, restauratorki) do uniesienia kieliszka i do nadania temu trunkowi kobiecego tonu.

tłumaczenie pl: Klaudia Skórska i Magda Karolina Romanow-Filim

Kieszeń z kurczaka à la Antonio

0

Najlepszym sposobem na to, żeby potrawa się udała jest użycie produktów wysokiej jakości. Oto prosty przepis, który odzwierciedla klimat Italii w Polsce: „kieszeń z kurczaka à la Antonio”. Młody kucharz pochodzenia ukraińskiego, Anton Teslyuk, zawsze pasjonował się kuchnią włoską, dzięki wskazówkom szefa kuchni Marco Bernardiego jest autorem niektórych dań z menu restauracji Al Ponte w Gdańsku.

Przepis dla 4 osób.

Składniki:

  • 4 piersi z kurczaka
  • 8 suszonych pomidorów z Sycylii
  • 250 g mozzarelli fior di latte
  • 4 liście bazylii
  • sól
  • pieprz

Przygotowanie:

Zrób kieszeń w piersi z kurczaka i włóż do niej dwa kawałki mozzarelli, dwa suszone pomidory, liść świeżej bazylii, dodaj sól i pieprz. Podsmaż na patelni z odrobiną oleju z obu stron, a następnie włóż kieszeń z kurczaka na 12 minut do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni. Kiedy będzie gotowa, podaj w połączeniu z rukolą lub sałatą sezonową. Szef kuchni Anton podaje danie z sosem z bazylii.

Smacznego!

tłumaczenie pl: Ilona Dawid

Evergreen

0

Założyciele sklepu Evergreen przez lata byli wegetarianami, a z czasem stali się weganami. Marzyli, by swoje zasady etyczne oraz idee ekologiczne i cruelty-free promować zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Dlatego w 2008 roku otworzyli swój własny sklep z produktami wegańskimi.

Evergreen oprócz szerokiej gamy wyłącznie wegańskich, ekologicznych oraz wytwarzanych z poszanowaniem natury produktów spożywczych oferuje także naturalne kosmetyki i ekologiczne środki czystości niezawierające chemicznych dodatków i przede wszystkim – nietestowane na zwierzętach.

Firma stara się odpowiedzieć na potrzeby wegan oraz konsumentów, którzy kochają zwierzęta i dbają o środowisko jak i na potrzeby osób mających alergie pokarmowe i stosujących rozmaite diety (jak np. dieta wykluczająca gluten bądź cukier).

W styczniu 2016 roku firma trafiła w ręce doświadczonych w branży spożywczej przedsiębiorców, którzy zapewnili jej przyszły rozwój, zwiększenie obrotów i asortymentu.

W kwietniu 2017 r. otwarto magazyn towarów, a sprzedaż online została zdecentralizowana.

Wreszcie wiosną tego roku sklep detaliczny został rozbudowany i wyremontowany.

SKLEP EVERGREEN
Adres: ul. Słomińskiego 15 lok.502, 00-195 Warszawa
(wejście i dojazd od ul.Inflanckiej)
Tel.: (22) 416 71 71
E-mail: sklep@evergreen.pl
Strona www: evergreen.pl
Facebook: facebook.com/Evergreen.sklep/

Faraone Poland, bezpieczeństwo szyte na miarę

0

W Goleniowie, niezwykle dynamicznej specjalnej strefie ekonomicznej niedaleko Szczecina, działa ceniona włoska firma specjalizująca się w produkcji drabin i rusztowań, która z bezpieczeństwa w środowisku pracy uczyniła swoją dewizę produkcyjną i handlową. Rozmawiamy o tym z dyrektorem naczelnym Gianlucą Mercattiliim, który pracuje w firmie od 1992 roku, a od 2001 jest odpowiedzialny za polską filię Faraone Poland.

„Faraone Poland to włoskie przedsiębiorstwo z historią, działające od lat 70-tych ubiegłego wieku. Początkowo specjalizowało się w futrynach, dopiero później, niemalże przez przypadek, firma odkryła potencjał rynku produkującego drabiny i rusztowania, w którym jest dzisiaj absolutnym liderem, dzięki umiejętności realizacji projektów custom, czyli dopasowanych do potrzeb klienta. W Teramano, gdzie firma ma swoją główną siedzibę, są duże zbiory oliwek i zupełnie spontanicznie pomyślano o stworzeniu bezpiecznej drabiny do wchodzenia na drzewa oliwne, ograniczając w ten sposób liczbę wypadków. Ten prototyp drabiny funkcjonował tak dobrze, że bardzo szybko stał się produktem pierwszej potrzeby i dołączył do stałej produkcji obok futryn, które były wówczas podstawą biznesu firmy.

Kiedy Faraone Poland odkryło Polskę?

W latach 90-tych uczestnicząc w targach poznaliśmy firmę Akala, zajmującą się dystrybucją produktów. Pierwsza współpraca sięga roku 1994; później powoli Faraone Poland zdecydowało się zainwestować w Akalę i po jakimś czasie przejęliśmy wszystkie udziały firmy. Nasza polska siedziba z roku na rok stopniowo się rozrastała i w roku 2007 przenieśliśmy siedzibę z Lipian do Goleniowa. Kupiliśmy teren wielkości 2 ha i wybudowaliśmy na nim naszą siedzibę z magazynem o powierzchni 3 tys. m2; aktualnie mamy w planach budowę kolejnej hali. W międzyczasie nasza siła robocza, prawie całkowicie polskiej narodowości, wzrosła do 35 osób, z których 23 pracują stacjonarnie, a pozostali jeżdżą po całej Polsce.

Dodatkowym atutem firmy Faraone Poland jest praca na zamówienie. Co w praktyce oznacza dopasowanie rozwiązań problemów logistycznych do potrzeb klienta?

Dokładnie tak, naszą podstawą są drabiny wysokiej jakości, produkty z większym standardem bezpieczeństwa i wytrzymałości niż te, które można znaleźć w sprzedaży w dystrybucji na szeroką skalę. Nasze drabiny używane są na przykład przez osoby pracujące w centrach handlowych lub przez przedsiębiorstwa, które pracują na wysokościach; naszych drabin używa się też do mycia cystern, samolotów, pociągów, ciężarówek i betoniarek. Zwykle firmy do nas dzwonią, my jedziemy zrobić wizję lokalną i później projektujemy struktury do pracy na wysokościach, bezpieczne i przystosowane odpowiednio do funkcji, jaką mają spełniać, dzięki czemu pracuje się lepiej i bez ryzyka dla pracowników.

Codzienna praca z zachowaniem norm bezpieczeństwa to podstawa, ale być może nie jest jeszcze w centrum uwagi przedsiębiorstw?

Duże przedsiębiorstwa inwestują w bezpieczeństwo, nie mogą sobie przecież pozwolić na to, aby ich pracownicy pracowali w niestabilnych czy niebezpiecznych warunkach; to, co niepokoi, to małe i średnie firmy. Kiedy w zeszłym roku uczestniczyłem 26 kwietnia w światowym dniu bezpieczeństwa w siedzibie Sejmu w Warszawie, usłyszałem jak dużo jest wypadków w czasie pracy, zwłaszcza w sektorze budowniczym w pracy na wysokościach. Od razu zdecydowałem się powołać do życia fundację „Polska kocha bezpieczeństwo”, żeby rozpowszechniać w każdej warstwie społecznej kulturę bezpieczeństwa. Teraz Fundacja będzie prezentowała w polskich szkołach podstawowe reguły bezpiecznego życia, ale będziemy też robić kursy dla pracowników. Nie chcemy już widzieć osób, które wykonują niebezpieczną pracę bez kasków czy rękawic, osób, które usprawiedliwiają się zdaniem: „Zawsze tak pracowałem”. Powtarzają to dopóki nie wydarzy się tragedia, dopiero później są w stanie zrozumieć swój błąd. Nie powinno się naprawiać szkód, tylko im zapobiegać, taka jest nasza filozofia i dzięki niej jesteśmy doceniani w całej Europie.

tłumaczenie pl: Agata Pachucy

Strona www: faraone.pl
Facebook: facebook.com/faraonepoland/

Grób Ugo Foscolo

0

10 września 2011r. w Londynie, na cmentarzu Kościoła Św. Nicholasa w Chiswick, w obecności ambasadora Włoch, miała miejsce symboliczna ceremonia z okazji ukończenia prac restauracyjnych grobu jednego z najwybitniejszych włoskich poetów. Data nie była przypadkowa: tego samego dnia, ale w roku 1827, w Turnham Green, wiosce niedaleko Londynu, w towarzystwie córki Floriany, która z oddaniem i czułością dbała o niego aż do śmierci, zmarł, na wygnaniu, chory na puchlinę wodną i naznaczony ciężarem, rozczarowaniem oraz nostalgią Ugo Foscolo. I tak ciało zostało złożone na cmentarzu w Chiswick, w nędznej anonimowej mogile, a jego miejsce zaznaczone kamieniem, na którym angielski przyjaciel Hudson Gurney wyrył imię.

Jednakże później w miejscu tego skromnego kamienia Gurney (przypominając, że “nagrobki, będące symbolem uczucia i cywilizacji, są ich bardzo głęboką iluzją”) zechciał upamiętnić włoskiego poetę i przyjaciela pochowanego na obcej ziemi, zlecając budowę godziwej kapliczki – tej odrestaurowanej w 2011 roku – i powierzając to zadanie turyńskiemu rzeźbiarzowi Carlo Marochettiemu, który w miejscu tego kamienia, który bardzo szybko stał się nieczytelny, zbudował nawiązujący do rzymskiego ołtarza, opasany wstęgą równoległościan z granitu, na którym widniał napis ”accingar zona fortitudinis” („będę owinięty pasem męstwa”: zdanie zaczerpnięte z dzieła Foscolo Didymi Clerici prophetae minimi Hypercalypseos liber singularis), wybrane w hołdzie męstwu okazanemu przez Ugo Foscolo w 1815 roku, kiedy zaproszony przez rząd austriacki do współpracy przy inicjatywach kulturalnych nowego ustroju, po pierwszej niepewności czy zaakceptować, czy też nie, w przeddzień złożenia przysięgi wierności obcym zaborcom, nie wahał się dłużej i zdecydował się ostatecznie opuścić Włochy, by dobrowolnie pójść na wygnanie.

Żegnając się wtedy z matką, napisał przejmujący list, w którym między innymi mówił: “Honor mój i moje sumienie zabraniają mi złożyć obietnicę, o którą prosi obecny rząd, by zmusić mnie do służby w milicji, do której straciłem powołanie przez mój wiek, zainteresowania i obowiązki. Ponadto zdradziłbym w ten sposób szlachetność mego charakteru,  dotąd nieskażoną, obiecując coś, czego nie mógłbym zrealizować i zaprzedając się pierwszej lepszej władzy. Jeśli więc, moja droga matko, pójdę na wygnanie, to ty nie możesz i nie musisz siebie za to winić, ponieważ to ty zainspirowałaś mnie i wpoiłaś mi z mlekiem matki te wspaniałe wartości; i nie raz polecałaś mi ich bronić.” Od tego dnia, Foscolo nie powrócił już do Włoch.

W Szwajcarii pozostaje do 1816 roku, po czym przenosi się do Anglii, do Londynu, gdzie początkowo zostaje lepiej przyjęty, dzięki sławie zdobytej przede wszystkim jako autor „Grobów” i dzięki byciu nieugiętym w stosunku do Napoleona, znienawidzonego wroga Anglików. I tak znajdował się często w centrum plotek i awantur mających miejsce na najlepszych londyńskich salonach, gdzie wenecjanin, poza wywyższaniem się swoją elokwencją, zatracał się w impulsywnych gestach,, które często powodowały skrępowanie pechowych obecnych tam osób. Takich jak Sir Walter Scott, słynny pisarz, który na jednej ze stron swojego pamiętnika, datowanej na 24 listopada 1825r., namalował ironicznie jego wymowny portret: „A propos cudzoziemców, w Londynie przebywało, 4 lub 5 lat temu, jedno z tych zwierząt, które na początku są lwami (termin rozumiany jako sława literacka), ale które w przeciągu kilku sezonów stopniowo przekształcają się w knury (utrapieńców), pewien Ugo Foscolo, niezawodny w pracowni wydawcy Murraya i na spotkaniach literackich. Brzydki jak pawian, nieznośny zarozumialec hałasował, złościł się i dyskutował nie mając nawet pojęcia o zasadach rozumowania, którymi kierują się ludzie rozsądni. Cały czas wrzeszczal niczym zarzynany wieprz”.

Pomimo swojego charakterku, Foscolo był ceniony w Londynie za niezaprzeczalny geniusz. Jednakże luksusowe życie angielskiej stolicy sprawiło, że wydawał więcej niż mógł sobie na to pozwolić, a więc zmuszony był coraz ciężej pracować, by spłacić narastające długi. Aż do napotkania w roku 1822 córki Floriany, zrodzonej we Francji na przełomie 1805 i 1806 roku ze związku z Lady Fanny Emerytt Hamilton, od której otrzymuje 3 tysiące funtów, które z kolei ona odziedziczyła w spadku po babci Lady Walker i które Ugo inwestuje w okazałą willę Digamma Cottage, urządzając ją w sposób wyrafinowany, gdzie spokojnie żyje do 1823 roku, kiedy to wierzyciele dają o sobie znać, a więc zmuszony jest zostawić wszystko i zamieszkać w skromnym mieszkaniu, w którym rzuca się w wir pisania przede wszystkim krytyk literackich do czasu, gdy, doprowadzony do granic możliwości, sprzedaje wszystkie swoje książki i zaczyna udzielać prywatnych lekcji. Odrzuca wreszcie, z nadmiernym oburzeniem, szczerą pomoc niektórych przyjaciół, by włóczyć się pod fałszywym imieniem, krążąc po londyńskich dzielnicach w celu ucieczki przed wierzycielami i aresztem. Jednakże jego płomień zaczyna wygasać: myśli o powrocie do ojczyzny, by tam powoli umierać; jest już jednak za późno i odtąd przeznaczenie zaczyna się wypełniać. Powstrzymywany przez różne przedsięwzięcia, już nigdy nie zdoła wyjechać z Londynu i umrze na obcej ziemi.

Jednak przy jego angielskim grobie uklękną wielcy Włosi, tacy jak Giuseppe Mazzini i Garibaldi, którzy razem z wieloma innymi bohaterami Risorgimento uznają Ugo Foscolo za przykład i nauczyciela wielkich cnót, zdolnego do rozpalania ducha patriotyzmu. Dość późno, bo w 1871 roku, ciało poety trafi do ojczyzny po dokonanym zjednoczeniu Włoch i zostanie pochowane we Florencji w kościele Santa Croce, by ostatecznie mogło spocząć obok ciał innych słynnych rodaków, których on sam sławił w swoich „Grobach”; zostawił więc pustą, zapomnianą i stopniowo rozpadającą się londyńską arkę.

Jednakże w 2011 roku, jak już powiedzieliśmy na początku, grób ten został odpowiednio udekorowany i zyskał nowy blask, dzięki Foscolo Appeal Fund, stowarzyszeniu dobroczynnemu, założonemu przez Włochów mieszkających w Londynie, które zechciało upamiętnić tym gestem, oprócz samego poety Foscolo, także, a może przede wszystkim wartości wyzwolone przez jego doświadczenie zarówno życiowe, jak i literackie: „Prace restauracyjne grobu – powiedział owego 10 września adwokat Rocco Franco – zostały zakończone w dniu obchodów rocznicy zjednoczenia Włoch, czyli tej ojczyzny, która reprezentuje jedną z niepodważalnych wartości podkreślanych przez Foscolo w jego „religione delle illusioni” („religii złudzeń”), razem z miłością, pięknem, sztuką, wolnością i sprawiedliwością”. 

tłumaczenie pl: Magdalena Siwiecka

Karolina Porcari: śródziemnomorska kreatywność, nordycka dyscyplina

0
fot. Piotr Stokłosa

Wyobraźcie sobie ciepło Salentyńczyków połączone z polskim zdyscyplinowaniem zawodowym, dodajcie odrobinę śródziemnomorskiej kreatywności i nordycką skłonność do zasadniczości dopełnioną wyczuciem mediolańskiej mody. Cały ten mix cech można przypisać Karolinie Dafne Porcari, eklektycznej aktorce teatralnej i filmowej, reżyserce, a w razie potrzeby również i producentce.

fot. Gosia Popinigis

Jej interesująca historia ciągnie się wzdłuż 2300 kilometrów, na odcinku Lecce-Mediolan-Kraków-Warszawa, między włosko-polską miłością rodzinną, a studiami filozoficznym i aktorskim oraz przede wszystkim dużą ilością pracy.

Jak to się stało, że uczennica Liceo Classico Palmieri w Lecce pewnego dnia zdecydowała się zostać aktorką?

„Kiedy miałam 16 lat trupa Koreja, która tworzy teatr alternatywny, proponuje przesłuchanie uczniom naszej szkoły średniej. Powiedziałam sobie, dlaczego nie? Weszłam na scenę bez żadnego doświadczenia ani przygotowania i od razu zrozumiałam, że to jest moje życie. Ze strony rodziny jedyne dziedzictwo artystyczne otrzymałam od mojej matki, która uczęszczała do warszawskiej Państwowej Szkoły Tańca”.

Emocje, które poczułaś wchodząc na scenę i które sprawiły, że zrozumiałaś, że to była praca dla ciebie, były uczuciem kogoś, kto wie, że wchodząc w rolę, opuszcza samą siebie?

„Bez wątpienia tak. Teatr jest jak terapia dla tych, którzy go wykonują, paradoksalnie wielu aktorów jest nieśmiałych, a wchodzenie na scenę pomaga im pozbyć się zawstydzenia, zakłada się maskę, która uwalnia cię od codziennych zwyczajów i oferuje ogromną swobodę ekspersji i świadomości. Stawiasz bezpośrednio czoła publiczności, ale to już nie jesteś ty. Poza tym, pojawia się niezwykła dawka adrenaliny, która towarzyszy ci za każdym razem, gdy wchodzisz na scenę, a także, gdy kończy się spektakl i słuchasz recenzji. Ciągła, alienująca huśtawka emocji. W innych dziedzinach artystycznych zawsze można odnaleźć narzędzie, na którym pracujesz, bądź dzieło, które realizujesz i na nim skupia się uwagę, natomiast w teatrze spoczywa ona w 100% na tobie.”

Co się stało po doświadczeniu z Koreją?

„Zafascynowana wejściem na scenę zaczęłam uczęszczać na warsztaty teatralne, a na egzaminie maturalnym z klasyki wybrałam język grecki ustny, przygotowując – spośród różnych tekstów – Medeę Eurypidesa, którą marzę zagrać prędzej czy później. Jednak w momencie wyboru uczelni strach przytłoczył pasję, racjonalność przeważyła nad pożądaniem i tym samym, zgodnie z rodzinnym życzeniem, wybrałam Lettere e Filosofia na Katolickim Uniwersytecie w Mediolanie. Ciężko było sie odnaleźć w tym mieście. To było przejście z salentyńskiego, ludzkiego ciepła do chłodnego podejścia mediolańczyków, z Lecce, małego szytego na ludzką miarę i pełnego uczuć miasta, do frenetycznego, konkurencyjnego Mediolanu, w którym wygląd to podstawa, bo to w końcu stolica mody. Trzeba jednak przyznać, że Mediolan jest prawdopodobnie jedyną prawdziwą, włoską, kosmopolityczną metropolią z niezwykłą ofertą kulturalną, która dała mi możliwość uczestniczenia w setkach spektakli i przeglądów teatralnych. Miałam karnet do teatru Piccolo, który praktycznie stał się moim domem, poznałam tam różne europejskie szkoły teatralne i zrozumiałam, że fascynują mnie przede wszystkim występy trup z Europy Wschodniej i Północnej, wśród nich bardzo mi się podobała „Iwona, księżniczka Burgunda” polskiego pisarza i dramaturga Witolda Gombrowicza, wystawiona przez szwedzką grupę teatralną. Punkt zwrotny nastąpił po dwóch i pół roku studiów, gdzie pomimo uczęszczania na zajęcia teoretyczne z historii teatru, teatrologii i dramaturgii, brakowało mi kontaktu z publicznością. Miałam 21 lat i odwagę spojrzeć w lustro i zadać sobie pytanie, czy naprawdę chcę porzucić marzenie o zostaniu aktorką. Tym razem zwyciężyła odwaga i postanowiłam przystąpić do egzaminu wstępnego do Akademii Teatralnej w Krakowie. To był kolejny szok środowiskowy.”

Czy pomogła ci twoja doskonała dwujęzyczność polsko-włoska?

„Krew Boga”, reż. Bartosz Konopka

„Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mimo bycia dwujęzyczną mój polski był zwłoszczony. Przez rok przygotowywałam się językowo, ćwicząc mięśnie twarzy, by wymawiać polskie spółgłoski! Stało się tak, ponieważ chciałam osiągnąć dykcję native speakera języka polskiego, a nie polskiego cudzoziemca. Nawet po zdaniu egzaminu atmosfera uniwersytecka była trudna, panowała zacięta konkurencja, a lekcje improwizacji były męczarnią. Wyobraźcie sobie wysiłek intelektualny jaki musiałam włożyć, aby połączyć ekspresyjną spontaniczność z kompleksem niższości, który miałam mówiąc po polsku. Zajęło mi również trochę czasu zapoznanie się z polskimi metodami komunikacyjnymi i emocjonalnymi, które na początku są oczywiście zimniejsze niż włoskie, nawet jeśli z czasem odkryłam, że Polacy są również niezwykle solidarni i empatyczni”.

Jakie są wytyczne dotyczące nauczania teatralnego w Polsce?

„Na poziomie teoretycznym przerabiana jest historia teatru od greckiego po Commedię dell’Arte, docierając do naszych czasów ze szczególnym uwzględnieniem polskiego teatru. Na poziomie praktycznym powiedziałabym, że każdy profesor ma swoje własne podejście, ale ogólnie sądzę, iż dominuje laboratorium post-grotowskiego oraz metody aktorskie Stanisławskiego. Przyznam od razu, że uważam teatr polski, nawet obecny, za jeden z najlepszych na świecie, jeśli chodzi o takich reżyserów jak Krzysztof Warlikowski i Krystian Lupa. W tego rodzaju teatrze podoba mi się to, jak stawia się czoła duszy ludzkiej, w jaki sposób próbuje się dotrzeć do jej emocjonalnej głębi. Jest to podejście, w którym można odnaleźć metafizyczność z zasadniczą linią reżyserską i przy maksymalnym skupieniu się na próbie zrozumienia, czym jest człowiek i związek między emocjami a ciałem. We Włoszech tradycyjnie uprawia się teatr słowa. Reżyser, poprzez aktora, stara się przedstawić twierdzącą tezę, opowiada ci ją, w Polsce natomiast waloryzuje się poddawanie dyskusji, wątpliwość, pytanie – nie odpowiedź. ”

Czy jest to stereotypowe wrażenie, czy prawdą jest, że artystycznie Polacy przygotowują się nie zaniedbując żadnych szczegółów, podczas gdy włoski aktor zawsze pozostawia miejsce na improwizację?

„Zła matka”, fot. Sara Porcari

„Jest w tym trochę prawdy, szczególnie w teatrze, w którym Włosi są bardziej skłonni do improwizacji. To fakt rodowy, ludy północy przez stulecia przygotowywały się do stawienia czoła surowościom klimatu, niewiele mogło być pozostawione improwizacji. Ale w kinie włoscy reżyserzy są bardzo precyzyjni i nie zawsze jest miejsce na improwizację. Moja włosko-polskość pomogła mi połączyć salentyńską improwizację i śródziemnomorską kreatywność z północnym zdyscyplinowaniem. Na przykład w moim pierwszym filmie krótkometrażowym „Grzesznica”, który wyreżyserowałam, byłam bardzo dobrze przygotowany pod względem artystycznym, ale z punktu widzenia produkcyjnego tylko dzięki sile włoskiej wyobraźni i improwizacji udało mi się ukończyć projekt w terminie. ”

Jaka była twoja pierwsza rola?

„Jak na ironię losu, moją pierwszą rolę zagrałam w Mediolanie. Zadebiutowałam w roli Olgi w filmie „Jak cień” Mariny Spady. Krótki, autorski film, który miał wielkie szczęście. Został zaprezentowany w 2006 roku podczas Giornate degli autori na Festiwalu Filmowym w Wenecji, wziął udział w wielu międzynarodowych festiwalach zdobywając nagrodę za reżyserię na Mar del Plata Film Festival, aby następnie wejść do włoskich kin w 2007 roku. Wcieliłam się w rolę ukrainki, do której musiałam nauczyć się mówić po włosku jak cudoziemka. Doświadczenie to było mi przydatne do epizodu w „Tutti i santi giorni” Paolo Virzì.”

Jaka natomiast była twoja pierwsza polska rola?

„Zła matka”, fot. Sara Porcari

„W Teatrze Dramatycznym w Warszawie, w Pałacu Kultury, kilka miesięcy po ukończeniu studiów, w sztuce „Czas kochania, czas umierania” Fritza Katera, młodego reżysera Tomasza Gawrona. Zaraz potem zaczęłam współpracować z Teatrem Ludowym w Krakowie. W Polsce gram również w wielu serialach telewizyjnych, a czasem nawet w reklamach, które w często nieprzewidywalnym życiu aktora nadal stanowią stabilne źródło dochodów. Obecnie na Canal+ jest emitowany serial kryminalny „Mały Zgon” Juliusza Machulskiego, reżysera między innymi kultowego filmu „Sexmisja”. Odgrywam w nim rolę Carli, polko-włoszki, która uciekła z włoskiej rodziny z południa, związanej z ‘ndranghetą, będącą zarazem żoną polskiego gangstera związanego z kartelem litewskim! ”

Widziałem cię występującą w ,,Złej Matce,, – spektaklu, którego jesteś autorką, reżyserką i jedną z głównych aktorek razem z Małgorzatą Bogdańską. Czy, jako artystyczną duszę, pociąga cię również reżyseria?

„Właściwie to chciałam być tylko aktorką. Kiedy urodził się mój syn Teo, który obecnie ma siedem lat, czułam się coraz pewniej w roli matki i miałam potrzebę, aby przedstawić dzisiejsze macierzyństwo. Czyli konieczność odpowiadania jednocześnie i doskonale na wszystkie oczekiwania społeczne, a zatem być: dobrą matką, dobrą żoną, dobrą gospodynią domową, zachować seksowny wygląd i przynieść do domu pensję. Nawet jeśli przedstawiam to w teatrze, w życiu jednak mi się nie udało, ponieważ postawiłam na byciu matką i kontynuowanie pracy i w ten sposób znowu zostałam singlem”.

Mąż Włoch?

fot. Sara Porcari

„Nie Polak, ale to bez różnicy. W jednej ze scen ,,Złej Matki” opowiadam, że miałam partnera Włocha, Polaka i Niemca, poza paszportem nie ma żadnej różnicy, każdy ma patriarchat we krwi. W zasadzie to mam go i ja, ponieważ pierwszą miłością jest mój ojciec! Powiedziawszy to nie ukrywam faktu, że dla naszego pokolenia, w tym mężczyzn, utrzymanie razem rodziny, pracy i przyjaciół w świecie, który szybko zmienia wartości i rytmy społeczne, nie jest takie proste. Na przykład żonaci mężczyźni, jeśli nie pozostają fajni, jeśli przestają wychodzić z przyjaciółmi w celu zabawy, są uważani za przegranych pantoflarzy. W tej atmosferze kultury moim głównym zobowiązaniem w tym momencie jest wychowanie mojego syna jako pewnego siebie, ale wrażliwego, empatycznego i otwartego człowieka ”.

Jak oceniasz współczesną produkcję filmową we Włoszech?

„Jesteśmy w dobrej fazie. Jest wielu dobrych mniej lub bardziej znanych reżyserów, których doceniam jak: Sorrentino, Guadagnino, Saverio Costanzo, Paolo Genovese, Alice Rohwacher. Czuję falę artystycznej świeżości zarówno w kinie, jak i teatrze ”.

A w Polsce?

„Kiedy przyjechałam do Polski jakieś dwadzieścia lat temu, nie było nic ciekawego, oprócz wielkiej spuścizny legendarnych reżyserów, takich jak Wajda i Kieślowski. Ale od kilku lat polskie kino stało się wylęgarnią znakomitych reżyserów, których filmy zdobywają Oscary i nagrody na różnych festiwalach. Myślę tu o Pawlikowskim, Szumowskiej, Komasie i młodych Jagodzie Szelc, Kalinie Alabrudzińskiej I o Agnieszce Smoczyńskiej. W sztuce zauważalne są cykle, obecnie po dość szarym okresie Polska cieszy się grupą świetnych profesjonalistów. ”

A Ty nad jakimi projektami obecnie pracujesz?

„Chcę wyreżyserować swój pierwszy film długometrażowy, ale przed tym nakręcę kolejny krótkimetraż. Następnie mam nadzieję, że będę miała okazję zagrać więcej we włoskich produkcjach.”

Jak żyje się pomiędzy dwoma krajami, które ścigają się i przyciągają, mimo zupełnie innej historii?

fot. Sara Porcari

„To stymulujące i wzbogacające doświadczanie przeżywać dwie kultury jednocześnie i przede wszystkim pomaga dostrzec różnice. W Polsce na przykład, w przeciwieństwie do Włoch, zawsze jest liczna i uważna publiczność w teatrach i kinach, tę zasługę można przypisać w pewnym sensie również reżimowi PRL, w którym to kultura i sztuka, choć skłonne do jarzma cenzury, zajmowały ważne miejsce jako wartość społeczna. Reżyserzy również mogli na przykład zostać dofinansowani i produkować prościej niż dziś, kiedy to rynek cię miażdży i aby móc nakręcić pierwszy film musisz czekać 6 lub 7 lat, to jest absurdalna strata czasu. ”

Ostatnio w Polsce produkuje się wiele filmów historycznych, ale dlaczego nikt nie chce się poświęcić tak ważnemu tematowi, jak krytyczny przegląd 40 lat PRL?

„Cieszę się i przyznam, że nadszedł czas, aby Polska kręciła filmy historyczne, nawet te trochę pompatyczne i monumentalne. Ważne jest jednak to, że treść przesłania nie sprowadza się do ukazania Polaków tylko jako dzielnych lub ofiar, bez żadnych odcieni pomiędzy, a resztę świata jako złych. Na przykład film ,,Legion” przedstawia wspaniałe sceny wojenne, prawdziwe kinowe doświadczenie, ale z historii płynie ograniczony przekaz. W tym sensie wolę bardziej samokrytyczną pracę Smarzowskiego”.

Może dzisiaj Polska potrzebuje kogoś w stylu Pasoliniego?

„I’ll find you”, reż. Martha Coolidge

„Absolutnie tak. Pier Paolo Pasolini był radykalnym, uczciwym, otwartym intelektualistą, wolnym od uprzedzeń, ale jednocześnie egzagetą tradycyjnych wartości. Artysta, który swoim dziełem ostro naznaczył wiele problemów włoskiej kultury i społeczeństwa, czyniąc to w taki sposób, że po nim trudno było zakryć hipokryzją fakty historyczne i wady, które dotyczą części włoskiego społeczeństwa. Jego działania były dobre, pomógł krajowi w psychoanalizie, przynajmniej z artystycznego i intelektualnego punktu widzenia, a tym samym rozwinąć tożsamość narodową. Właśnie dzisiaj taki proces przydałaby się Polsce, żeby polska tożsamość wyszła poza aspekt patriotyczny, poza dychotomiczną wizję Polaka jako bohatera czy ofiary. Potrzebni są zaangażowani i wolni intelektualiści, którzy ułatwią fundamentalne przejście od niepewnej tożsamości, która musi posiłkować się nacjonalizmem, do bardziej pogodnej tożsamości opartej na otwartych i głębokich kulturowych korzeniach, które w istocie Polska posiada. Wystarczy odkryć je z odrobiną odwagi i samokrytyki”.

Mówiąc o odwadze, jesteś pół Włoszką pół Polką, ponieważ twój ojciec konsekwentnie i z odwagą chciał dosłownie doświadczyć, co to znaczy mieszkać w kraju komunistycznym?

„Ojciec”, reż. Artur Urbański

„Dokładnie. W Warszawie lewicowe ideały mojego ojca zderzyły się z rzeczywistością polskiego komunizmu, uświadamiając mu, że istnieją słuszne, ale czasem trudne do zastosowania teorie. Nie wspominając już o całym cierpieniu mojej matki po stracie, a następnie konieczności wykupienia, zarekwirowanego przez państwo domu rodzinnego, w którym nadal mieszkamy. Mój ojciec zdecydował się wyjechać z Lecce, aby zostać profesorem w Warszawie i zakochał się w studentce, tj. mojej matce, w okresie historycznym, w którym wszystko było bardziej skomplikowane zwłaszcza, że ojciec nie był rozwiedziony, a w separacji. Zabawne jest to, iż aby zamieszkać w Lecce, moja matka musiała wyjść za mąż za… brata mojego ojca! Formalna sztuczka, umożliwiająca wyjazd do Włoch, która zadziałała, mimo że ona, będąc ładną, wysoką blondynką z Polski, potrzebowała trochę czasu, aby zostać zaakceptowaną przez tradycjonalistyczną rodzinę z Salento”.

Jak kultury obu krajów współistnieją w twojej osobowości?

„Podobno wszystkie dwujęzyczne osoby nigdy tak naprawdę nie są nimi w 50%. Są aspekty życia, w których kultura i język danego kraju dominują, tak też jest i w moim przypadku. W pracy czuję się bardziej polska, jeśli myślę o teatrze, dominuje język polski. W uczuciach i w życiu domowym jestem bardziej salentyńska”.

Jeśli chodzi o kuchnię możemy mówić o fuzji osobowości?

Karolina Porcari

„W kuchni czuję się bardziej włoszką, również dlatego, że używam mniej mięsa. Jestem wegetarianką od wielu lat, ale w polskich przepisach też jest wiele interesujących warzyw, na przykład bulwy. Osobiście lubię kremy warzywne z azjatyckimi inspiracjami. Moją mocną stroną są włoskie dania główne, raczej salentyńskie, ponieważ każdy, kto zna Włochy, dobrze wie, że jeśli chodzi o tożsamość, najpierw czuje się przynależność do własnego miasta, następnie do własnego regionu, a na koniec do Włoch i tym zdecydowanie Włosi różnią się od Polaków. Ten aspekt, jeśli interpretowany we właściwy sposób, wzmacnia wiedzę o sobie, o społeczności, w której się żyje i poczucie własnej wartości, a to wzbogaca Włochy o niezrównany dorobek tradycji i wiedzy.”

Dlaczego Dafne?

„Moje pierwsze imię Karolina zostało wybrane przez moją matkę. To imię po jej prababce partyzance, do której była bardzo przywiązana. Drugie imię Dafne zostało wybrane przez mojego ojca, ponieważ kiedy zobaczył mnie po raz pierwszy, uznał mnie za bardzo piękną i pomyślał o Dafne, dziewczynie zamienionej w drzewo laurowe przez matkę Geę, aby uchronić ją przed rządzą Apolla, przez którego wyniesione do świętości liście otaczały czoło najlepszych. Muszę przyznać, że w rodzinie wszyscy szalejemy za mitologią grecką… mój syn nazywa się Teo!”

tłumaczenie pl: Amelia Cabaj

Przybywają ITALIENI z darem dla Polaków – Italo Disco Polo

0

Kiedy Polska znajdowała się w trudnej sytuacji, w latach 80. ubiegłego wieku przybyła obfita pomoc z Włoch. A teraz, gdy Włochy znalazły się w trudnej sytuacji w związku z wirusem covid-19, przybyła z kolei pomoc z Polski, w postaci przede wszystkim personelu oddanych lekarzy i pielęgniarek, należących do najlepszych na świecie, co potwierdza duża liczba osób pracujących na stałe we Włoszech i w wielu innych krajach europejskich.

Teraz, jakby chcąc przypieczętować ten niedawny, odnowiony akt przyjaźni między dwoma narodami, przybywa do Polski ten mały, duży… latający (na lekkich skrzydłach muzyki) spodek-krążek, nagrany przez kwintet ITALIENÓW (tj. Włochów z innej planety) połączonych z Polską w różny sposób (ale przede wszystkim, co jest widoczne od razu – wielką miłością). To piosenka – utwór lekki w najlepszym tego słowa znaczeniu (a Bóg wie tylko, jak bardzo potrzebujemy lekkości w tych ponurych i strasznych pandemicznych tygodniach!), dzieło łączące muzykę i gastronomię, optymizm, miłość i dobre uczucia, które pozwalają nam marzyć o opuszczeniu tego ciemnego tunelu izolacji, o zakończeniu tej niemożności bycia razem, obejmowania się, uśmiechania się, dotykania, imprezowania, tańczenia tak, jak nasze oba narody, radosne i w końcu z natury namiętnie pozytywne – tak bardzo lubią. 

Ta piosenka, która nieodparcie zachęca do tańca, przewraca do góry nogami dotychczasowe schematy, jest to szczery akt miłości do Polski ze strony Włochów, którzy odrzucając wieloletnie pokusy jałowych intelektualnych sofizmatów stworzyli autentycznie narodowo-ludowy klejnot (ależ tak, zawracajmy głowę nawet Gramsciemu!) czerpiąc z kanonów (popularnego w całym kraju) zjawiska Disco Polo, biesiadnej muzyki dyskotekowej powstałej w Polsce w latach 80. inspirowanej równie popularną w kraju Italo Disco (pamiętacie o braciach Righeira z „Vamos a la playa”?). Utwór narodowo-ludowy? Co ja mówię? Więcej! DWU-narodowo-ludowy! MIĘDZY-narodowo-ludowy! 

I to jest piękne! Kto w Polsce wyobrażałby sobie, że pewnego dnia Włosi zainspirują się nurtem polskiej (narodowo-)ludowej muzyki, przyprawionej dużą dozą zabawy, ironii, niewinnego wygłupiania się wszystkiego, co tak bardzo lubią obie nasze nacje, które łączy swawolna dusza? A oto oni – pierwsi, najlepsi, jedyni: ITALIENI! Pionierzy nowego gatunku, który razem z nimi powstał, idealnie zamykając krąg: Italo Disco Polo! 

Ale już wystarczy, koniec z gadaniem, najwyższa pora wsłuchać się,w ścieżką dźwiękową (właściwie hymn narodowo-ludowy) tego „Przepisu miłości” i pomarzyć o dniu, w którym w końcu koronawirus zostanie pokonany i będziemy mogli znowu tłoczyć się wszędzie, na przykład podczas fantastycznych polskich przyjęć weselnych, wszyscy na parkiecie kołysząc uchwytami miłości (lub bardziej prozaicznie – oponkami) o różnych kształtach i rozmiarach, aby trawić pizzę, bigos, lasagne i penne z kurczakiem (i biada tym, którzy kręcą nosem!), na tych radosnych tłumnych spotkaniach, wszyscy razem, zgromadzeni, podekscytowani, rozgrzani i rozpaleni, dyszący i sapiący, iskrzący radością i wybuchający miłością!

Bo w końcu, parafrazując Karen Blixen z „Uczty Babette”, jedyną rzeczą, którą zabierzemy z nami z tego padołu łez będzie miłość, którą rozdaliśmy! 

https://www.youtube.com/watch?v=EFbc8IFpeHI

Oskar Winiarski – z Krakowa na podbój włoskich scen teatralnych

0
O. Winiarski, E. D'Arigo, G. Portoghese, „Powinowactwa z wyboru” reż. A. Baracco, fot. Guido Mencari

Oskar Winiarski, absolwent Akademii Teatralnej w Krakowie, który ostatnie lata spędził na najważniejszych scenach teatralnych Półwyspu Apenińskiego. Jak sam przyznaje, po tak intensywnym okresie, podczas którego chłonął język, kulturę, kuchnię, piękno włoskich regionów i miast, czuje ogromną pustkę, bo Włochy potrafią uzależnić. Od marca miał ruszyć w kolejne tournée z najnowszym spektaklem „Powinowactwa z wyboru” na podstawie powieści J.W. Goethego, niestety pandemia pokrzyżowała jego artystyczne plany.

Twoje związki z Italią zaczęły się znacznie wcześniej?

Włochy były zawsze bardzo obecne w moim życiu, ponieważ moja mama tam pracowała. W konsekwencji ja też tam często bywałem i już wtedy mówiłem trochę po włosku, uczyłem się czytając komiksy i oglądając telewizję. W pewnym momencie mama związała się z Włochem, urodził się mój przyrodni brat i zamieszkaliśmy na stałe w Mediolanie. Zacząłem liceum językowe Manzoni. To były ciężkie trzy lata. Wyobraź sobie Polaka, który musi uczyć się języków obcych i wszystkich pozostałych przedmiotów po włosku, czyli w języku, którego też dobrze jeszcze nie zna. To było dość ekstremalne, ale doceniam ten czas, bo bardzo dużo się nauczyłem. Bardzo lubiłem historię sztuki i filozofię, które we Włoszech są w podstawie programowej. Miałem fantastyczne nauczycielki tych przedmiotów, które ukierunkowały moje zainteresowania. 

Nie kusiło cię, żeby kontynuować naukę we Włoszech, Mediolan ma przecież bogatą ofertę kulturalną i swoje szkoły aktorskie?

Po tych trzech latach byłem zdecydowany na aktorstwo i wiedziałem, że chcę startować do szkół teatralnych w Polsce. Chociaż kręciłem się też wokół Piccolo Teatro di Milano, jednego z najbardziej znanych teatrów w Europie i szkoły, która przy nim działa. Zastanawiałem się, czy tam zdawać, ale ostatecznie wybrałem Polskę. Zdawałem do Krakowa i do Warszawy, ale nie dostałem się za pierwszym razem. Postanowiłem dobrze przygotować się do egzaminów wstępnych i spróbować ponownie za rok. Zapisałem się do szkoły Lart studio w Krakowie, dzięki której poznałem fantastycznych ludzi i wreszcie miałem czas na odzyskanie beztroskich lat liceum, które w Mediolanie poświęciłem na solidną naukę. Niestety za drugim razem też się nie powiodło, mimo że zdawałem już wszędzie gdzie się dało włącznie z wydziałami lalkarskimi i tanecznymi. Na wymarzony wydział aktorski dostałem się dopiero za trzecim razem, nie poddałem się tylko dzięki wsparciu rodziców, którzy oboje są artystami.

„Mistrz i Małgorzata”, na zdjęciu od lewej: O. Winiarski, G. Agrusta, A. Pezzali, M. Nani, F. Bonomo, M. Riondino, F. Rosellini, D. Sepe, F. Bolo Rossini, C. Balucani, C. Fiocchetti; fot. Massimiliano Serci

Jak trafiłeś na włoską scenę teatralną?

Mimo studiów w Polsce nie straciłem kontaktu z Italią, nie tylko ze względu na rodzinę, dwa razy uczestniczyłem w warsztatach prowadzonych przez szkołę Accademia Nazionale d’Arte Drammatica Silvio D’Amico w Rzymie. Jednak po ukończeniu Akademii Teatralnej kiepsko szło mi szukanie konkretnego zajęcia. Koniec szkoły to dla wielu studentów aktorstwa trudny moment, bardzo często właśnie w tym momencie przestają być aktorami, bo kończą się stypendia, zniżki i nagle się okazuje, że nie wiadomo gdzie się podziać. Swój pierwszy angaż znalazłem zupełnie przez przypadek i los chciał, żeby to było właśnie we Włoszech. Był to projekt wybranych opowiadań z „Dekameronu” w reżyserii Andrei Baracco, wystawiany plenerowo w Casale Pio V w Rzymie. Bardzo dobrze wspominam tę współpracę i chyba z wzajemnością, bo wkrótce Baracco zaprosił mnie do kolejnego przedstawienia, tym razem był to „Mistrz i Małgorzata” w Teatro Stabile w Umbrii. 

Na ten teatr składa się kilkanaście scen rozsianych po całym regionie, gdzie dokładnie ćwiczyliście do przedstawienia?

Nasze próby odbywały się w Solomeo, niedaleko Perugii, w teatrze Cucinelli, który ma bardzo ciekawą historię. Miasteczko wygląda jak Szwajcaria, jest czyste i zadbane. Budynek tego Teatru został ufundowany przez przedsiębiorcę Brunello Cucinelli, który zrobił fortunę na sprzedaży kaszmiru, nazywają go nawet królem kaszmiru! Jest mecenasem teatru i prezesem rady artystycznej. Niedawno otworzył też swój butik na Placu Trzech Krzyży w Warszawie. 

Debiut godny pozazdroszczenia!

Debiut w teatrze to moment, który pamięta się szczególnie, w moim przypadku nie dość, że była to pierwsza poważna praca po szkole, to jeszcze zagranicą! Byłem wniebowzięty i ogromnie wdzięczny. Okazało się, że to o wiele większy projekt z pokaźnym tournée po całych Włoszech. Dostałem podwójną rolę Iwana Bezdomnego, czyli młodego poety oraz postaci wzorowanej na Jezusie – Jeszua Ha-Nocri, który pojawia się w scenach z Poncjuszem Piłatem. 

Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie moją karierę, myślałem że będę pracował w Polsce w teatrze i od czasu do czasu uda mi się załapać we Włoszech na jakiś film. Tymczasem wyszło zupełnie na odwrót. 

O. Winiarski, M. Riondino, „Mistrz i Małgorzata” reż A. Baracco, fot. Guido Mencari

Nie miałeś problemów z dostosowaniem się do włoskiego sposobu pracy? 

W Polsce aktorzy pracują etatowo w teatrach lub są wolnymi strzelcami. We Włoszech natomiast pracuje się na kontrakcie w tournée. Nasze trwało trzy miesiące i podobno to bardzo krótko. Opowiadano mi, że kiedyś jeździło się ze spektaklem przez osiem miesięcy. Jednak dla mnie to i tak było dużo: miałem wymarzoną pracę, płacili mi i do tego zwiedziłem cały kraj, od Szwajcarii po Katanię. To było niezwykłe szczęście. W ciągu 6 miesięcy zagraliśmy 70 spektakli. 

Czy zauważasz jakieś różnice w warsztacie aktorskim Włochów i w samym podejściu do adaptacji tekstów na potrzeby teatralne?

Warto wspomnieć, że we Włoszech bardzo ceni się polskich aktorów, przede wszystkim za odwagę i pracowitość. Szkoła włoska na pewno jest bardziej klasyczna i trwa krócej, bo tylko trzy lata. Poza tym teatr pozostaje pod ogromnym wpływem opery. Reżyserzy i aktorzy myślą dużo obrazem: o kompozycji sceny czy o kostiumach. Baracco na przykład starał się unikać nowych mediów i zachować tradycyjny sposób narracji teatralnej. Kiedy dowiedziałem się, że będę brał udział w „Mistrzu i Małgorzacie” zacząłem zastanawiać się, do czego reżyser będzie chciał się odwołać, jak powiąże tekst z dzisiejszym światem. Odniesień do rzeczywistości jest w tekście mnóstwo, mówi się o cenzurze, o wolności artystów, o wolności słowa i byłem pewien, że ten wybór będzie podyktowany potrzebą czasu. Okazało się jednak, że teatr jest totalnie odcięty od bieżącej sytuacji polityczno-społecznej. Zrobiliśmy więc doskonałą adaptację dzieła, osadzoną w realiach epoki, ale nie ma tam specjalnych odniesień do współczesności. W Polsce natomiast teatr często kontestuje rzeczywistość, stąd rodzą się konflikty między linią rządową i artystami. Artyści mają tendencję do tego, żeby teatr zabierał głos w sprawach istotnych. Natomiast tam miałem wrażenie, że służy on tylko rozrywce.

foto: Guido Mencari i Massimiliano Serci

API FOOD Kuchnia Włoska

0

Opis działalności

Dystrybucja hurtowa i detaliczna wyselekcjonowanych najlepszych włoskich specjałów z rodzinnych wytwórni z tradycjami.

Sprzedaż detaliczna: internetowe delikatesy: www.kuchnia-wloska.com.pl

Produkty w ofercie firmy               

Oferta obejmuje zarówno typowe specjały włoskiej tradycji kulinarnej, jak i produkty bezglutenowe, wegańskie, wegetariańskie oraz ekologiczne:

  • parmezan z serowarni zrzeszonej w konsorcjum Parmigiano Reggiano
  • szynkę parmeńską z oznaczeniem konsorcjum jej wytwórców, a także inne włoskie wędliny
  • sery włoskie
  • makarony
  • oliwy i octy
  • przetwory na bazie trufli
  • sosy, kremy, konfitury, pesta
  • przekąski: oliwki, suszone pomidory, karczochy, kapary, i inne
  • szafran i inne przyprawy
  • czekolady
  • słodycze: cantuccini, babki panettone, pandoro, Colomba
  • przekąski chlebowe: taralli i grissini
  • produkty ekologiczne i bezglutenowe: makarony, sosy, ciastka, czekolady, grissini
  • roślinne alternatywy dla serów oraz burgerów
  • dania gotowe: risotta, gotowe dania makaronowe, zupy

API SP. Z O.O.
A
dres: ul. Bema 31C, 63-400 Ostrów Wielkopolski
Tel.: 62 735 64 84; 502 228 980
E-mail: info@kuchnia-wloska.com.pl
Strona www: www.kuchnia-wloska.com.pl
Facebook: https://www.facebook.com/apifood/?_rdc=1&_rdr

Bankier Józef Toeplitz i jego związki z Polską

0

Wykształcenie i praca w Banca Commerciale Italiana (Comit)

fot. Józef Toeplitz, 1930, Archiwum Historyczne Intesa Sanpaolo, Dział Fotograficzny

Józef (Giuseppe) Leopold Toeplitz urodził się w Żychlinie, niedaleko Łodzi, 10 grudnia 1866 r. jako syn Bonawentury i Reginy Konic, piąty z jedenaściorga dzieci (Montanari, 1995; 2015, s. 363–368; Telesca, 2010; Teoplitz De Grand Ry, 1963). Rodzina Toeplitzów, której udokumentoana historia sięga końca XVII w., była jedną z najznamienitszych, pod względem bogactwa i tradycji, pośród żydowskiej burżuazji Warszawy. Ród ten charakteryzowały szczególnie zaangażowanie polityczne i dbałość o posiadłości rolne, sprawy finansowe i handlowe.

Bonawentura nie tylko kierował kantorem bankierskim Rau w Warszawie, ale zarządzał również posiadłościami ziemskimi polskiej rodziny szlacheckiej Sanguszków, zajmując się jednocześnie swoją uprawą buraków cukrowych, prawdopodobnie w Kielcach, gdzie zastosował awangardową metodę rafinacji cukru, co przyniosło mu znaczne zyski.

Józef spędził część dzieciństwa w posiadłościach zarządzanych przez ojca, gdzie została mu wpojona wiedza nie odbiegająca od wykształcenia synów polskich posiadaczy ziemskich. Pod koniec lat osiemdziesiątych XX w., po zakończeniu nauki w szkole bałtyjsko-niemieckiej w Mitawie (dzisiejsza Łotwa), zapisał się na wydział inżynierii Uniwersytetu w Gandawie, a następnie na Politechnikę w Akwizgranie. Porzucił jednak studia, by poślubić w 1890 r. Anne de Grand Ry, arystokratkę pochodzenia holenderskiego, poznaną właśnie w Akwizgranie. Być może z powodu niesnasek z rodziną, wkrótce potem rozwiązanych, Toeplitz wyjechał ze świeżo poślubioną żoną do Genui na krótkie szkolenie bankowe w filii Banca Generale, którego dyrektorem był Otto Joel, przyszywany kuzyn. Toeplitz zamierzał niedługo wrócić do Polski, jednak został w Genui, gdzie w 1893 r. urodził się jego jedyny syn Ludovico, wiążąc na zawsze rodzinę z Italią. W związku z likwidacją Banca Generale, uwikłanego w kryzys bankowy tego okresu, Toeplitz przeszedł w 1894 r. do genueńskiej filii rosyjskiego Banku Handlu Zagranicznego na stanowisko wicedyrektora. Pierwszego czerwca 1895 r. został zatrudniony w Banca Commerciale Italiana założonym rok wcześniej w Mediolanie przez konsorcjum banków niemieckich, austriackich i szwajcarskich. Wcześniej pracę w Comit podjął jego brat Ludwik (w październiku 1894 r., zaraz po odbyciu kary 3 lat więzienia w carskim Schluesselburgu w Sankt Petersburgu za działalność w polskiej partii socjalistycznej; Pino, Mignone, 2016, s. 129).

Kariera Józefa była błyskawiczna. Wkrótce został prawą ręką Joela, dyrektora generalnego Comit mianowanego razem z Federico Weilem. W ramach strategii nowego banku, zakładającej ekspansję terytorialną na cały kraj, Joel zlecił mu otwarcie nowych oddziałów w Neapolu (1898 r.) i w Wenecji (1900 r.). W tych siedzibach prowadzono liczne interesy z dużymi grupami przemysłowymi i finansowymi.

W 1906 r. Toeplitz został dyrektorem zarządzającym, a w 1907 r. – szefem Biura Kontroli Oddziałów. To pomogło mu, dzięki licznym inspekcjom, powiększyć obroty najważniejszych oddziałów. Rozpoczął również nawiązywanie kontaktów z przedstawicielami niektórych szybko rozwijających się gałęzi przemysłu, takich jak chemiczny (znane jest jego stałe wsparcie dla Montecatini, kierowanej przez Guida Doneganiego), elektryczny i mechaniczny. Toeplitz świetnie odnajdywał się w swojej roli dyrektora banku „mieszanego” czy uniwersalnego, jak określano Comit, który według wzoru niemieckiego skupiał swoją działalność na finansowaniu wielkiego przemysłu włoskiego, który właśnie zaczynał się rozwijać (Toninolo, 1944, s. 23–36).

W okresie neutralności Włoch, między 1914 i 1915 r., Toeplitz stał się swego rodzaju ambasadorem Comit: podróżował po Europie, by uspokoić rynki finansowe oraz przekonać doradców niemieckich i austriackich, by zrezygnowali ze stanowisk w Radzie Dyrektorów Banca Commerciale. W tym samym czasie przekonywał finansistów i przedsiębiorców krajowych, by skupywali pakiety akcyjne spółek włoskich od Austriaków i Niemców, szczególnie w trzech sektorach: elektrycznym, mechanicznym i surowcowym. Chociaż nie miał pochodzenia niemieckiego, jak Joel czy Weil, Toeplitz był celem ataków prasy nacjonalistycznej, ponieważ ciągle był uznawany za cudzoziemca, pomimo uzyskania obywatelstwa włoskiego w 1912 r. Joel zrezygnował z funkcji dyrektora generalnego 5 czerwca 1915 r., dołączając do Weila w Zarządzie Comit. Kierownictwo Banca Commerciale przeszło całkowicie w ręce Toeplitza i dyrektora zarządzającego Pietra Fenoglio, chociaż zostało to usankcjonowane dopiero w 1917 r. wraz z ich nominacjami na dyrektorów generalnych.

W 1918 i 1920 r. Toeplitz skutecznie obronił Comit przed próbami przejęcia przez grupę Perrone-Ansaldo (Montanari, 1995, s. XXIII–XXVIII; Telesca, 2010, s. 100–122). Od 1920 r., po dymisji Fenoglio, został jedynym dyrektorem generalnym banku. Władza decyzyjna skupiła się w jego rękach, również dlatego, że Rada Dyrektorów straciła jakąkolwiek realną władzę po wyjściu członków zagranicznych. Comit identyfikował się coraz bardziej w latach dwudziestych XX w. ze swoim dyrektorem generalnym, nazywanym przez najbliższych współpracowników – nie bez racji – „Władcą”.

W latach dwudziestych XX w. Toeplitz energicznie kontynuował strategię ekspansji zagranicznej Comit – rozpoczętą w drugiej dekadzie – przede wszystkim w Europie wschodniej i na Bałkanach, wykorzystując dewaluację walut tego obszaru i często wyprzedzając dyplomację włoską (Di Quirico, 2000). I to był chyba najbardziej pozytywny aspekt jego rządów: od 1918 r. do 1929 r. Banca Commerciale znacznie rozwinął swoją sieć zagraniczną: w Ameryce, od Północy do Południa, a następnie w Szwajcarii, Francji, Turcji, Austrii, Rumunii, Bułgarii, Egipcie, Polsce, Jugosławii i Grecji. Ta ekspansja nabiera szczególnego znaczenia, jeśli uwzględni się ówczesne problemy w stosunkach międzynarodowych.

Pod koniec I wojny światowej Comit przyczynił się do powojennego przekształcenia systemu produkcji we Włoszech, ale brak kontroli wewnętrznej sprawił, że Toeplitz coraz bardziej angażował bank w finansowanie dużych grup przemysłowych, stając się często ich większościowym udziałowcem. Sięgnięcie po amerykańskie pożyczki dla przemysłu włoskiego w 1928 r. nie zaradziło, nawet częściowo, tej trudnej sytuacji. Pod koniec lat dwudziestych XX w. Comit posiadał większościowe pakiety akcji w wielu dużych przedsiębiorstwach, stając się faktycznie holdingiem i to pomimo prób wyzbycia się tych udziałów.

Po wybuchu Wielkiego Kryzysu, Comit został zablokowany przez kredyty udzielone wielkiemu przemysłowi. Toeplitz, który starał się utrzymać pewną niezależność od faszyzmu, musiał sięgnąć po pomoc rządu, udając się osobiście na rozmowę z Mussolinim we wrześniu 1931 r. (Montanari, 1995, s. XLIV–XLVI; Telesca, 2010, s. 255–267). Tak jak to miało miejsce kilka miesięcy wcześniej w przypadku Credito Italiano (Mori, 1977, s. 265; Atti del convegno di studio, 1990), ze względu na znaczenie Comit dla włoskiego sektora produkcyjnego, rząd interweniował aby uratować Banca Commerciale, podpisując 31 października 1931 r. w Rzymie Konwencję, w której Comit zobowiązał się do przekazania całego swojego pakietu przemysłowego spółce przechodniej Sofindit (Montanari, 1991, s. XXII–XXVI). Toeplitz znalazł się teraz w mniejszości, uległ argumentacji Alberto Beneduce, jak wspominał to prezes Comit Ettore Conti, który pojechał z nim do Rzymu wraz z młodym dyrektorem Raffaele Mattiolim (Conti, 1986, s. 307-308; Bonelli, 1985, s. 71-85). W 1932 r. nie powiodły się próby Toeplitza przywrócenia poprzedniego stanu rzeczy. W następnym roku utworzony doraźnie Instytut Odbudowy Przemysłu (Iri) nabył ostatecznie pakiet przemysłowy Comit. 25 marca 1933 r. Toeplitz musiał podać się do dymisji ze stanowiska dyrektora generalnego, a na jego miejsce zostali powołani Mattioli i poprzedni dyrektor Michelangelo Facconi. Pozostał wiceprezesem do następnego roku, po czym wycofał się z życia publicznego, przebywając głównie w swojej willi w Sant’Ambrogio Olona, niedaleko Varese, gdzie zmarł 27 stycznia 1938 r.

Nie należy zapominać, że Toeplitz, dzięki studiom inżynierskim, posiadał pewną wiedzę techniczną i naukową, która pozwalała mu oceniać, także osobiście, patenty nowych wynalazków. W latach dwudziestych XX w. sfinansował on niektóre prace z dziedzin technologicznie najbardziej innowacyjnych i o dużym znaczeniu dla społeczeństwa obywatelskiego, takich jak radiotelekomunikacja, sieci autostrad – z nieustającym wsparciem dla Piero Puricellego, który w 1924 r. otworzył pierwszy we Włoszech odcinek autostrady Mediolan–Jeziora (Toeplitz-De Grand Ry, 1963, s. 128) – oraz komercyjne linie
lotnicze, których on sam w 1920 r. był jednym z pierwszych użytkowników. Niezmienne pozostawało jego zainteresowanie przemysłem filmowym, najpierw poprzez wsparcie różnych spółek produkcyjnych i wypożyczalni, jak Unione Cinematografica Italiana czy Cines-Pittaluga, a po odejściu z Comit, poprzez działalność syna Ludovico, produkującego ze zmiennym szczęściem w pierwszych latach trzydziestych XX w. filmy w Londynie (Toeplitz, 1964).

Toeplitz zapisał się także jako odkrywca młodych talentów, które wprowadzał w prestiżowe kariery finansowe, polityczne i kulturalne. Sam Mattioli był jego odkryciem, jak również Enrico Marchesano, Cesare Merzagora czy Giovanni Malagodi (Malagodi, 1985, s. 24-36).

Aby przybliżyć jego postać wybraliśmy ten opis: „Elegancki, starszy pan, raczej niski, z wydatnym brzuchem opasanym białą kamizelką ze złotym łańcuchem, pan o przekonującym uśmiechu, o którym mówiono, że nie są w stanie mu się oprzeć prefekci, ministrowie, kardynałowie ani piękne kobiety” („De Lagarda”, nr 7, lipiec 1974, s. 13).

Toeplitz promotor gospodarki nowej Rzeczypospolitej Polskiej

Miłość do rodzinnego kraju, troska o interesy rodziny, a także wrodzona skłonność wszechstronnego bankiera do dostarczania nowych interesów Banca Commerciale, to czynniki determinujące, które wyjaśniają zachowanie Toeplitza w stosunku do Polski, która nareszcie ponownie stała się niezależnym krajem wraz z proklamowaniem Rzeczypospolitej w listopadzie 1918 r. (Montanari, D’Alessandro, 2000; Montanari, 2013, s. 203–221).

Toeplitz pozostawał w ciągłym kontakcie z rodziną, uczestniczył z zainteresowaniem w wydarzeniach politycznych i społecznych rodzinnego kraju: w 1919 r., jeszcze pełen obaw w
związku z trwającą wojną między Polską i komunistami rosyjskimi, zbudował szeroką sieć kontaktów z politykami, przedsiębiorcami i zarządcami przemysłowymi, których często zapraszał do swojego domu w Mediolanie na ul. Telesio i do willi Sant’Ambrogio Olona. Wśród zapraszanych gości był muzyk Ignacy Paderewski, pierwszy szef rządu polskiego. Toeplitz starał się jak najszybciej uzyskiwać informacje niezbędne do planowania nowych przedsięwzięć. Pomagał mu w tym jego brat Ludwik, który od 1920 r. był dyrektorem zarządzającym i szefem Służby Zagranicznej. Jego krewni stanowili jądro tej sieci: w pierwszym rzędzie bracia – Zygmunt, Henryk i Teodor, ale przede wszystkim szwagier Jerzy Meyer, ożeniony z jego siostrą Marią. Jego warszawska spółka handlowa Herman Meyer często brała udział, jak później zobaczymy, w wielu inicjatywach Comit, przy stałym wsparciu Toeplitza w trudnych sytuacjach.

Toeplitz umieścił wielu swoich krewnych w charakterze pełnomocników w spółkach polskich lub włosko-polskich, w których Comit miał konkretne interesy, co widać w tabeli nr 1.


Dzięki tym ścisłym kontaktom z Polską Toeplitz miał przewagę nad ewentualnymi konkurentami z Włoch, i zdołał w kilku przypadkach stawić czoła również konkurencji francuskiej i angielskiej. W latach dwudziestych XX w. większość interesów handlowych i przemysłowych między Włochami i Polską przechodziła właśnie przez sekretariat Toeplitza, w którym zawsze pracował co najmniej jeden sekretarz polskiego pochodzenia, ale przede wszystkim pochodzący ze Lwowa Juliusz Stock.

Polityka inwestycyjna Comit w Polsce charakteryzowała się elastyczną strategią, która zmieniała się szybko w zależności od zmian ekonomicznych i politycznych w danej chwili. Dzięki aktywności Toeplitza, Comit brał udział w promocji interesów na różnych szczeblach, w różnych działach polskiej gospodarki, wśród których najważniejsze to włókienniczy, surow-cowy i mechaniczny. Już w lipcu 1919 r. Banca Commerciale sfinansował – kredytem z nowojorskiej filii Comit, o początkowej wartości 2 mln dolarów – sektor bawełny, który koncentrował się w Łodzi, aby wesprzeć trust Cotton Manufacturing Co., powstały na początku 1919 r. i obejmujący pierwsze sześć tkalni w tym polskim mieście: I.K. Poznańskiego (największa), Carla Scheiblera, Louisa Grohmanna, Louisa Geyera, Krusche & Ender, Carla Steinerta. Ten kredyt został zwiększony w 1920 r. i był spłacany przez całe lata dwudzieste, choć były duże trudności z jego spłatą ze względu na utrzymujący się kryzys w tkalniach łódzkich. Znaczące było też sfinansowanie nowego przemysłu sztucznego jedwabiu, powiązanego ze Snia Viscosa, z udziałem w 1925 r. Tomaszowskiej Fabryki (z Warszawy), której prezesem został Zygmunt (inżynier chemik), a dyrektorem generalnym – Ludwik. Sfinansowanie tej spółki było jednym z nielicznych przedsięwzięć, które nie generowało strat.

W latach 1919–1923 Toeplitz, chcąc zwiększyć obroty handlowe między Włochami i Polską, sięgnął po polski węgiel, potencjalnie ważny dla kraju, takiego jak nasz, ubogiego w surowce. I tak Comit powołał w maju 1919 r. Włosko-Polską Spółkę Handlową i pozostał jej większościowym udziałowcem wraz z Herman Meyer i kilkoma partnerami włoskimi. Po przeprowadzeniu analiz Comit stworzył w styczniu 1924 r. na Górnym Śląsku Włosko-Polską Spółkę Kopalni w Rybniku (Sipmer), której pierwszym prezesem został Toeplitz, w celu uzyskania koncesji na wydobywanie węgla kamiennego w Polsce. Toeplitz nie zrezygnował z innych przedsięwzięć, jak np. utworzenie w 1922 r. Włosko-Polskiej Izby Handlowej, której był doradcą, czy Włosko-Polskiego Syndykata Handlowego kierowanego przez Bronisława Janiszowskiego, polskiego ambasadora w Rzymie.

Interesująca była również relacja między spółkami Hermann Meyer i Fiatem, która miała swój początek już w 1912 r., od kiedy to firma szwagra Jerzego Meyera przez trzy lata była
udziałowcem Rosyjskiej Samochodowej Spółki Akcyjnej Fiat i miała swoje przedstawicielstwo w Sankt Petersburgu, prawdopodobnie dzięki wstawiennictwu Toeplitza (Bigazzi, 1991, s. 93–96, 122–23). Po przerwie spowodowanej wojną, relacje te wznowiono w 1920 r. powołaniem spółki Polski Fiat z siedzibą w Warszawie, mającej wyłączność na sprzedaż produktów Fiata w Polsce i w której spółka turyńska posiadała 51% udziałów, a Herman Meyer – 49%. Teodor, brat Józefa, został dyrektorem nowej spółki. Jerzy Meyer, zgodnie z radą szwagra Józefa, już w następnym roku sprzedał swoje akcje Fiatowi i Teodor podał się do dymisji ze stanowiska dyrektora (Archivio Storico di Intesa Sanpaolo, teczka nr 80, akta nr 1).

W marcu 1924 r. Bank Handlowy zebrał 400 mln lirów pożyczki na rzecz polskiego rządu, aby wesprzeć reformę walutową i finansową premiera Władysława Grabskiego. Pomysł pożyczki, która stała się faktem w pierwszych miesiącach tego samego roku, wyszedł od Polaków, a nie od Toeplitza. Jednak on sam dość szybko utożsamił się z tym pomysłem, zwracając się wielokrotnie do Mussoliniego i prosząc w końcu o poufne spotkanie z Duce zaledwie kilka dni przed podpisaniem konwencji, zawartej 10 marca 1924 r. w Rzymie, między rządem polskim i włoskim oraz Banca Commerciale. Rząd polski zaproponował jako gwarancję dla tej pożyczki wpływy z krajowego Monopolu Tytoniowego oraz prawo do sprzedaży 60% tytoniu włoskiego w Polsce za pośrednictwem handlowców florenckich Ugo i Folco Pecchioli. Pożyczka przyniosła kontrowersyjne efekty i była renegocjowana przez oba rządy w 1933 i 1935 r. (Asso, 1990, s. 123-142; Montanari, D’Alessandro, 2000, s. 10-13).

Comit skierował znaczące ilości pieniędzy także na pomoc polskim instytutom kredytowym, w szczególności Banku Handlowego w Warszawie, założonego w 1870 r., który miał wiele cech wspólnych z Comit – oba były największymi prywatnymi bankami w swoich krajach i miały długą tradycję ścisłych relacji z przemysłem. Toeplitz miał bezpośredni związek z Bankiem Handlowym poprzez szwagra Jerzego Meyera, doradcę tego banku od 1900 do 1934 r. (Landau, Tomaszewski, 1970, s. 228). W 1924 r. Comit udzielił Bankowi Handlowemu kredytu w wysokości miliona dolarów, który został powiększony w kolejnym roku ze względu na poważny kryzys, który dotknął w tym roku gospodarkę polską. W 1927 r. Bank Handlowy przeszedł pod kontrolę spółki joint venture utworzonej z Comit, Assicurazioni Generali, W.A. Harriman&Co., Niederösterreichische Escomptegesellschaft i Banque de Bruxelles. Udział Banca Commerciale był mniejszościowy jako akcjonariusza, ale faktycznie istotny ze względu na przyznane już kredyty (ASI-BCI, Ufficio Finanziario, 1927; Landau, Tomaszewski, 1970, s. 51-68). Od 1931 r. Comit usiłował odzyskać dług, który w 1933 r. sięgał ponad 3 mln dolarów (Montanari, D’Alessandro, 2000, s. 19).

Interesy z Polską nie dały w sumie pozytywnych rezultatów, a nawet stanowiły największą stratę zagranicznej działalności Banca Commerciale, zarówno pod względem „bolesnego” udziału w Banku Handlowym, jak i finansowania rozszerzonego na kilka firm, a także polską pożyczką. Sytuacja została rozwiązana dopiero Konwencją z dnia 27 stycznia 1935 r. z Rządem polskim, podpisaną przez Mattiolego – w imieniu Iri, które odkupiło kredyty Comit – i ministra Skarbu Adama Kocha. W Konwencji ustalono, że kredyty włoskie zostaną zamienione na polskie obligacje skarbowe (Montanari, D’Alessandro, 2000, s. 18–21; dokumenty dotyczące umowy z rządem polskim znajdują się w: ASI-BCI, Segreteria degli amministratori delegati Mattioli e Facconi [AD2], cart. 6, fasc. 5). Stosunki z Polskim
Monopolem Tytoniowym, związane z pożyczką z 1924 r., zostały rozwiązane natomiast po długich negocjacjach dopiero w 1939 r. (ASI-BCI, Carte di Raffaele Mattioli, teczka nr 164, akta nr Maggioni).

Na zakończenie należy pamiętać o stałej pomocy Toeplitza dla polskich artystów (aktorów, muzyków, pisarzy, malarzy i rzeźbiarzy), których gościł często w swoim mediolańskim domu na ul. Telesio oraz w swojej willi Sant’Ambrogio Olona. Wśród nich, poza Paderewskim, możemy wymienić sławną aktorkę Jadwigę Mrozowską, którą poślubił w 1918 r. po śmierci pierwszej żony, znanej podróżniczki w latach dwudziestych XX w. do Indii i Tybetu (Teoplitz, Mrozowska, 1930; ASI-BCI, Copialettere di Giuseppe Toeplitz (CpT), passim), a także Marylę Lednicką, rzeźbiarkę, której Toeplitz pomógł, wprowadzając ją na salony mediolańskiej burżuazji (Toeplitz De Grand Ry, 1963, s. 129–130).

Autor jest kuratorem spuścizny archiwalnej Banca Commerciale Italiana w Historycznym Archiwum Intesa Sanpaolo. Niniejszy artykuł został wcześniej opublikowany w „Il Veltro: rivista della civiltà italiana”, r. 60, nr 4-6, lipiec-grudzień 2016, s. 13-24.

Działalność Intesa Sanpaolo w Polsce

Państwo: Polonia
Lata: 1927-2013
Banki:
1. 1927 – Bank Handlowy w Warszawie
2. 1975 – Banca Commerciale Italiana (BCI)
3. 1990 – International Bank of Poland (IBP)
4. 1997 – Istituto Bancario San Paolo (IBSP)
5. 1997 – Bank Rozwoju Exsportu SA (BRE)
6. 2013 do dziś – Intesa Sanpaolo SpA Warsaw Branch (powstały w wyniku fuzji w 2007 r. Banca Intesa – dawniej BCI – i Sanpaolo IMI)

Opis:
1. 1927 – nabycie udziałów w Banku Handlowym w Warszawie przez Banca Commerciale Italiana.
2. 1935 – cesja udziałów w Banku Handlowym.
3. 1975 – otwarcie biura przedstawicielskiego Banca Commerciale Italiana w Warszawie.
4. 1990 – nabycie udziałów w International Bank of Poland (IBP) przez Banca Commerciale Italiana.
5. 1997 – otwarcie biura przedstawicielskiego Istituto Bancario San Paolo w Warszawie.
6. 1997 – cesja udziałów w IBP.
7. 1997 – nabycie udziałów w Banku Rozwoju Eksportu SA (BRE) przez Banca Commerciale Italiana.

Pierwsze inwestycje Banca Commerciale Italiana w Polsce miały miejsce zaraz po I wojnie światowej i po powstaniu II Rzeczypospolitej w 1918 r. W odróżnieniu od innych państw europejskich, ten wybór był podyktowany uczuciami patriotycznymi dyrektora generalnego Józefa Toeplitza do kraju swojego pochodzenia, a nie tylko czystym interesem ekonomicznym. Po udzieleniu w 1924 r. pożyczki państwu polskiemu w zagranicznych obligacjach, w 1925 r. Banca Commerciale udzielił kredytu w wysokości 2 milionów dolarów na ratowanie Banku Handlowego – założonego w Warszawie w 1870 r. – i nabył również jego mniejszościowe udziały. W 1935 r. Comit podpisał z Rządem polskim umowę, na mocy
której przekazał posiadane akcje spółki.

W 1974 r. Banca Commerciale otworzył w stolicy Polski biuro przedstawicielskie, które działało nieprzerwanie również podczas wrażliwego okresu historycznego, jakim był stan wojenny w latach osiemdziesiątych XX w. i pozostając jednostką operacyjną również po przekształceniu w Banca Intesa.

Reformy gospodarcze i polityczne po upadku muru berlińskiego, wsparcie, jakie Polska otrzymała od międzynarodowych instytucji, takich jak Bank Światowy, International Finance Corporation (IFC) i EWG, oraz od poszczególnych rządów, na stworzenie gospodarki rynkowej, ale także jej potencjał, położenie geograficzne oraz bogactwo surowców – to wszystko spowodowało, że w 1990 r. Comit postanowił otworzyć biuro przedstawicielskie również w Gdańsku, czego ostatecznie nie zrobił, a przede wszystkim zdecydował się nabyć akcje International Bank of Poland (IBP), by potem scedować je na rzecz udziałów w Banku Rozwoju Eksportu SA (BRE) ściśle powiązanego z niemieckim Commerzbank.

W 1997 r. również turyński Istituto Bancario San Paolo – zaangażowany w latach 1992–1994 w projekt technicznego wsparcia finansowany przez Bank Światowy na rzecz Powszechnego Banku Kredytowego SA (PBK) – otworzył biuro przedstawicielskie w Warszawie, w ramach swojego planu ekspansji na Wschodnią Europę. Włochy były wówczas drugim partnerem handlowym Polski i wielu przedsiębiorców włoskich miało tutaj swoje interesy.

Dane zaczerpnięte z bazy danych World Map Intesa Sanpaolo, dostępnej na stronie
https://internationalhistory.intesasanpaolo.com/world-map (dostęp: 04.09.2019). Zob.
również Brambilla F., Una vocazione internazionale: le radici di Intesa Sanpaolo nel
mondo (1905-2006) [Duch międzynarodowy: korzenie Intesa Sanpaolo na świecie
(1905–2006)], Milano, Intesa Sanpaolo, 2017. 

Źródła
Archivio Storico di Intesa Sanpaolo, patrimonio Banca Commerciale Italiana (ASI-BCI), Segreteria Toeplitz (ST).
ASI-BCI, Carte di Raffaele Mattioli, corrispondenza (CM).
ASI-BCI, Copialettere di Giuseppe Toeplitz (CpT).
ASI-BCI, Segreteria degli amministratori delegati Mattioli e Facconi (AD2).
ASI-BCI, Ufficio Finanziario (UF), Note complementari alla contabilità, vol. 10o, ff. 2890-93, e VCA, vol. 9o, ff. 203-04, 1o giugno 1927.

Bibliografia
Asso P.F., L’Italia e i prestiti internazionali, 1919-1931. L’azione della Banca d’Italia fra la battaglia della lira e la politica di potenza,
in Ricerche per la storia della Banca d’Italia, vol. III, Laterza, Roma-Bari 1990.
Bigazzi D., Esportazione e investimenti esteri: la Fiat sul mercato mondiale fino al 1940, in Fiat 1899-1930.
Storia e documenti, Fabbri, Milano 1991.
Bonelli F., Alberto Beneduce, il credito industriale e l’origine dell’Iri, in Alberto Beneduce e i problemi dell’economia italiana del suo tempo,
Edindustria, Roma 1985.
Conti E., Dal taccuino di un borghese, Il Mulino, Bologna 1986.
De Lagarda U. F., Ricordo di Mattioli, in «L’Osservatore politico letterario», a. XX, n. 7, luglio 1974.
Di Quirico R., Le banche italiane all’estero 1900-1950. Espansione bancaria all’estero e integrazione finanziaria internazionale nell’Italia degli
anni tra le due guerre, European Press Academic Publishing, Fucecchio 2000.
Il Credito Italiano e la fondazione dell’Iri, Atti del convegno di studio, Scheiwiller, Milano 1990.
Landau Z., Tomaszewski J., Bank Handlowy w Warszawie S.A. Historia i rozwój. 1870-1970, Bank Handlowy, Varsavia 1970.
Malagodi G., Profilo di Raffaele Mattioli, Ricciardi, Milano-Napoli 1985.
Montanari G., introduzione a Società Finanziaria Industriale Italiana (Sofindit), BCI, Milano 1991.
Montanari G., l’introduzione all’inventario Segreteria dell’amministratore delegato Giuseppe Toeplitz (1916-1934), BCI, Milano 1995.
Montanari G. e D’Alessandro M., BCI and International Capital Transfers to Poland between the Wars, paper dell’intervento presentato
all’«European Colloquium on Bank Archives», EABH, Varsavia 2000.
Montanari G., A banker from Poland: exploring Józef Toeplitz international connections through his correspondence, in «Foreign Financial
Institutions & National Financial Systems», EABH, Varsavia 2013.
Montanari G., Le carte del banchiere polacco Giuseppe Toeplitz, il “padrone” della Banca Commerciale Italiana dal 1917 al 1933, in Uomini e
donne del Novecento. Fra cronaca e memoria. Atti degli incontri sugli archivi di persona 2009-2013. Sapienza Università di Roma, Universitas
Studiorum, Roma 2015.
Mori G., Il capitalismo industriale in Italia, Editori Riuniti, Roma 1977.
Pino F., Mignone A., Memorie di valore. Guida ai patrimoni dell’Archivio storico di Intesa Sanpaolo, Hoepli, Milano 2016.
Telesca G., Il mercante di Varsavia: Giuseppe Toeplitz un cosmopolita alla guida della Banca Commerciale Italiana, tesi di dottorato, correlatore
L. Segreto, Università degli Studi di Firenze, Firenze 2010.
Toeplitz De Grand Ry L., Il banchiere, Edizioni Milano Nuova, Milano 1963.
Toeoplitz L., Ciak a chi tocca, Edizioni Milano Nuova, Milano 1964.
Toeplitz Mrozowska E., Visioni orientali, Mondadori, Milano 1930.
Toniolo G., Cent’anni, 1894-1994, BCI, Milano 1994.

tłumaczenie pl: Izabela Zawadzka
zdjęcie tytułowe:
Bank Handlowy w Warszawie, siedziba przy ul. Traugutta 7-9, ok. 1927-1935, w: Landau Z., Tomaszewski J.,Bank Handlowy w Warszawie S.A. Historia i rozwój. 1870-1970, Bank Handlowy, Warszawa 1970, s. 48.