Artykuł został opublikowany w numerze 65 Gazzetty Italia (październik-listopad 2017)
Ze Spoleto do Warszawy, w imię smaku i miłości. Tak oto w jednym zdaniu możemy streścić historię Stefano Cherubini, który wraz z żoną Barbarą, ekspertką w przyrządzaniu deserów i lodów, zarządzają restauracją Piccola Italia i cukiernią Dolce Amaro. W tych dwóch lokalach, usytuowanych jeden nad drugim przy ulicy 1 Sierpnia na warszawskiej Ochocie, odnajdujemy kawałek Włoch z nutą Umbrii.

„Polskę odkryłem przez przypadek, podczas podróży w 1998 roku. Wówczas tutejsze życie bardzo różniło się od dzisiejszego, jednak nietrudno było zauważyć, że Polska to kraj o wielkim potencjale rozwoju”, mówi Stefano Cherubini, który przybył do Polski mając już doświadczenie w pracy w różnych lokalach we Włoszech.
„Miał szczęście, że udało mu się spotkać mnie!”, wtrąca jego żona Barbara, wspominając ciężkie początki, gdy autentyczny smak kuchni włoskiej nie zawsze doceniany był przez gości. „Stefano zawsze gotował all’italiana, prawdziwie po włosku, nigdy nie poddając się polskim gustom. Czasami, kiedy podawaliśmy carbonarę zdarzało się nam trafić na klientów, którzy, przekonani iż doskonale znają prawdziwy przepis na to danie, pytali nas dlaczego serwujemy je bez śmietany i zielonego groszku!”
Ale Cherubini nie dali za wygraną. „Mówili nam, że restauracja szybko upadnie, jeśli będziemy wciąż serwować taką kuchnię! Tymczasem w przyszłym roku będziemy świętować 20-lecie działalności!”, podkreśla Stefano.
Początkowo było również trudno znaleźć produkty?
S.C.: „Oczywiście, w tamtym czasie nie można było znaleźć prawie żadnych składników potrzebnych, aby gotować po włosku. A sekret włoskiej kuchni, jak wszyscy wiemy, tkwi właśnie w jakości produktów. Tak więc od czasu do czasu jeździłem do Umbrii i wracałem, nierzadko z przygodami, samochodem przepełnionym paczkami z oliwą, serami i salami. Były to pewnego rodzaju podróże nadziei, przez wyboiste drogi i trzy zakorkowane przejścia graniczne.”
Barbara Cherubini: „Ale było warto, bo powoli Polacy zaczęli podróżować do Włoch i gdy wracali z wakacji i przychodzili do nas, rozpoznawali prawdziwe włoskie dania. A wśród odwiedzających Piccola Italia gości narodziło się i rozprzestrzeniło powiedzenie: „idę zjeść do Włochów”. Byliśmy i nadal jesteśmy gwarancją włoskiej jakości. Ostatnim punktem zwrotnym były opinie jakie o naszej restauracji napisał dziennikarz Nowak. Nagle przed naszą restauracją zaczęły ustawiać się kolejki, choć połowę mniejsze od tej jaką widzicie dziś. W tym czasie Stefano gotował, a ja podawałam dania do stołów. I pewnego razu, widząc przepełniony lokal i ustawionych w kolejce gości, zastanowiliśmy się: „co się właściwie dzieje?” Następnie powiększyliśmy restaurację i zatrudniliśmy innych włoskich kucharzy.”
S.C.: „Kiedy otworzyłem Piccola Italia, oprócz nas istniały tylko dwie inne włoskie restauracje. Teraz wszystko się zmieniło. Na każdym rogu można natknąć się na włoską, choćby tylko z nazwy, restaurację. Dla mnie ważne jest, aby polski klient wiedział co oznacza jeść po włosku, ponieważ tylko wówczas zrozumie czy serwowane mu danie jest prawdziwie włoskie. Jakość produktów robi różnicę. Wystarczy zamówić najprostszą potrawę, jak na przykład makaron z sosem pomidorowym i bazylią i skosztować czy sos nie jest kwaśny, parmezan smaczny, a makaron odpowiednio ugotowany.”
Gotujecie po włosku z nutą Umbrii?
S.C.: „Na początku zaproponowałem tylko klasyczne dania kuchni włoskiej. Następnie, powoli, czekając aż klienci przyzwyczają się do tych smaków, zacząłem wprowadzać dania bardziej regionalne i wymyślne. Oliwę, ser, salami, trufle sprowadzane bezpośrednio z Umbrii. Ryby jednak przyrządzamy bardziej w guście kampańskim, w związku z tym, że nasz główny kucharz pochodzi z Neapolu.”
A kiedy otworzyliście cukiernię?
S.C.: „W 2012 roku nadarzyła się okazja zagospodarowania lokalu pod restauracją. Barbara była niepewna, ale wiedziałem, że chciałaby się tego podjąć, ponieważ specjalizuje się w wyrobie lodów. I tak narodziła się cukiernia Dolce Amaro”.
B.C.: „Uczyłam się uczęszczając na kilka kursów we Włoszech, a także pod okiem wielkiego maestra deserów lodowych Palmiro Bruschi della Carpigiani. Jednak Dolce Amaro to nie tylko lody, ale i tradycyjna, przytulna włoska cukiernia, w której serwujemy wypieki w kształcie łabędzi, cannoli, włoskie ptysie, owocowe babeczki, ale także klasyczne polskie wypieki. To niezwykła przyjemność widzieć jak z czasem coraz więcej klientów kupuje nasze desery, aby zabrać je w formie podarunku, gdy są zaproszeni gdzieś na kolację.”
S.C.: „Mamy też specjalnego klienta, prezesa fundacji charytatywnej, która pomaga szpitalowi Dzieciątka Jezus. Kiedy dowiedział się, że przygotowujemy (tylko z drożdży w sposób, który czyni wypieki niezwykle lekkimi) szereg tradycyjnych, polskich słodkości – drożdżówki z ricottą, z jagodami oraz pączki – zaczął kupować je coraz częściej i w coraz większych ilościach. Czasami przychodzi i kupuje je wszystkie! Była to dla nas wielka satysfakcja, wiedząc, że następnie zanosi je do szpitala dla lekarzy i poszczególnych pacjentów.”
Dlatego zatem, w Warszawie coraz bardziej przepełnionej lokalami włoskimi jedynie z nazwy, zjeść obiad w Piccola Italia lub napić się pysznej kawy i skosztować słodkości w Dolce Amaro, oznacza cieszyć się pewnym, prawdziwym włoskim smakiem, a przede wszystkim zdrowym posiłkiem, przygotowanym z wysokiej jakości produktów.
tłumaczenie pl: Magda Karolina Romanow-Filim
Strony www:
Piccola Italia Ristorante Italiano: www.piccolaitalia.pl
Dolce Amaro: www.dolceamaro.pl
Facebook:
Piccola Italia Ristorante Italiano: www.facebook.com/piccolaitaliapl/
Dolce Amaro: www.facebook.com/dolceamaropl/







































Dzieje się to także dlatego, że straciliśmy nawyk spożywania zbóż, roślin strączkowych, suszonych owoców i mnóstwa rodzajów warzyw, dając natomiast pierwszeństwo pokarmom nowocześniejszym i niestety także bardziej kalorycznym i mniej odżywczym. Na szczęście niektóre lokale, wbrew tendencji, ponownie zaczęły proponować kuchnię taką jak kiedyś, określaną jako „ubogą”, ale de facto bardziej naturalną i urozmaiconą, udowadniając tym samym, że zdrowe składniki kosztują mniej.
Niezmiennie z Bliskiego Wschodu pochodzi jeden z moich ulubionych przepisów: hummus we wszystkich swoich odmianach. Dla Włochów, którzy jeszcze tak dobrze go nie znają: hummus to krem na bazie ciecierzycy i pasty z ziaren sezamu (tahina), w swojej bardziej tradycyjnej wersji aromatyzowany oliwą z oliwek, czosnkiem, sokiem z cytryny, papryką, sproszkowanymi ziarnami kminku i drobno posiekaną natką pietruszki. Ostatecznie może być przygotowywany wedle gustu i uznania na tysiąc sposobów, z rozmaitymi dodatkami: od awokado po paprykę, od buraków po gorczycę i aż po słodką wersję z czekoladą.
Smoothies: shake z warzyw i owoców, czasami z dodatkiem mleka lub jogurtu, do degustowania także podczas spaceru po mieście. W naszych lokalach picie czegoś, co nie jest słodzonym napojem i co przygotowywane jest ze świeżych składników, wydaje się rzadkością. Zwykle są to soki wyciskane, a nie zblendowane (to właśnie te drugie powinno się wybierać, ponieważ utrzymują niezmienione witaminy i sole mineralne). Nie nasycają one jednak w taki sam sposób, co shake’i. Przede wszystkim, picie odwirowanych soków z owoców i warzyw oznacza przyjmować fruktozę pozbawioną swojego naturalnego antidotum, błonnika – zwyczaj do odradzenia.
Natomiast cechą wspólną kuchni włoskiej i polskiej są postępujące zmiany i ryzyko jakie niosą one ze sobą. Zagrożone są tradycje kulinarne, wypychane przez postęp przynoszący jedzenie typu fast food, gotową żywność, ujednolicone smaki. Stopniowo zanika ciekawość i zainteresowanie składnikami, tracimy fantazję w ich łączeniu oraz cierpliwość w oczekiwaniu na przemianę jedzenia.













































































